poniedziałek, 17 stycznia 2011

MÓZG MI STAJE!


Państwo polskie świruje pawiana i daje Kościołowi wszystko, czego ten zażąda. Niedługo padnie na kolana i mu obciągnie! Spermę połknie i powie: Amen! Mózg mi staje na widok tych absurdów. Podam tylko kilka przykładów z wielu tysięcy.
Urząd Wojewódzki we Wrocławiu przekazał nielegalnie 46 parafiom 500 ha. Okazało się, że 46 parafii, głównie podlegających kurii w Legnicy, dostało ziemię podwójnie albo nawet potrójnie: zamiast ustawowych 15 hektarów, które – według dziwacznych polskich przepisów – należą się każdej parafii na tzw. Ziemiach Odzyskanych od Skarbu Państwa, dostały one od 28 do 46 hektarów.
     Czerwiec 2006 r. – cystersi dostali ponad 3 hektary miejskich gruntów w Krakowie. Oficjalna wycena: 12 milionów. Specjaliści ostrożnie oszacowali wartość tej nieruchomości na ponad 24 miliony.
     Wrzesień 2007 r. – ojcowie bonifratrzy do spółki z siostrami dominikankami dostali kluczową dla rozwoju Warszawy parcelę na pograniczu stolicy i Piaseczna. Wartość rynkowa gruntu: około 400 milionów złotych. Wartość, według biegłych Komisji Majątkowej, nie więcej niż 40 milionów złotych.
     Czerwiec 2008 r. – siostry służebniczki z Nysy na Opolszczyźnie sprzedały za kilkanaście milionów złotych 20-hektarową działkę w Łopusznej (Małopolska). Wartość gruntu, według Komisji Majątkowej: 1 mln 100 tys. złotych.
     Lipiec 2008 r. – zakonnice ze Zgromadzenia św. Wincentego á Paulo stały się właścicielkami 16 ha w samym centrum opolskiej podstrefy Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Według niezwykle ostrożnych szacunków, działka warta jest na wolnym rynku 20–30 milionów złotych. Wycena Komisji Majątkowej to maksymalnie 10 milionów złotych.
     Lipiec 2008 r. – w Świerklańcu Komisja Majątkowa przekazała różnym podmiotom kościelnym 230 ha z 630-hektarowego dobrze utrzymanego gospodarstwa rolnego. Wycena Komisji: dwa złote i jedenaście groszy za metr kwadratowy. Cena rynkowa: 30 złotych za metr.
     Sierpień 2008 r. – elżbietanki z Poznania dostały 47 hektarów położonych w warszawskiej dzielnicy Białołęka. Wartość jednego metra kwadratowego działki, według Komisji, to 65 złotych. Na wolnym rynku w tej okolicy cena jednego metra nieuzbrojonej działki nie schodzi poniżej 500 złotych.
     Wystarczy? Wystarczy!
Trzeba dodać, że tylko Krk jest traktowany wyjątkowo łaskawie przez władze RP i Komisję Majątkową. A przecież istnieją w Polsce inne Kościoły i związki wyznaniowe, a między innymi: Adwentyści Dnia Siódmego, Luteranie i Kalwini, Baptyści, Kościół Starokatolicki Mariawitów, Kościół Katolicki Mariawitów, Grekokatolicy, Zielonoświątkowcy, gminy żydowskie, Świadkowie Jehowy, Prawosławni itd. itp.
     Bardzo dziwny jest stosunek Komisji Majątkowej do (na przykład) Prawosławia. Proces uwłaszczenia (odzyskania własnych świątyń, cmentarzy, klasztorów, domów parafialnych) zależy od braku sprzeciwu ze strony właściwego biskupa Krk!
     Dość silny, szczególnie na wschodnich rubieżach Polski, Kościół Prawosławny był w przeszłości często prześladowany – i to nie przez tzw. Komunę – ale przez reprezentantów Kościoła rzymskokatolickiego. Do historii przeszło wydarzenie, kiedy w miejscowości Polany (województwo podkarpackie) wyznawcy prawosławia odbudowali cerkiew (a właściwie prawie zbudowali ją od nowa), ale gdy świątynia była gotowa do akcji wkroczył miejscowy proboszcz parafii Krk.
     Wstrząśnięci tym bezprawnym najazdem, kierowanym przez księdza Kazimierza Pańczyszyna, prawosławni mieszkańcy Polan w liście do Jana Pawła II skarżyli się tak: „(...) rozbił on łomem zamki i wspólnie z wiernymi wyrąbał drzwi od zakrystii, po czym wszyscy wdarli się do cerkwi i zawładnęli nią. Ksiądz Kazimierz Pańczyszyn dokonał poświęcenia odebranej od nas cerkwi, a następnie odprawił dziękczynne nabożeństwo, oświadczając zebranym, że parafia prawosławna została w tej chwili w Polanach raz na zawsze zlikwidowana, a świątynię pod swoją opiekę wziął Kościół rzymskokatolicki (...). Sprofanowano nasze świętości. Rozebrano i wyrzucono na pole nasz ołtarz. Zabrano jednak i przywłaszczono całe wyposażenie wnętrza: cały ikonostas, krzyże naprystolne, ołtarzowe i procesyjne, chorągwie, feretrony, kielichy, pateny, szaty i księgi liturgiczne, płaszczenicę, dzwon i inne. Zabrano i przywłaszczono również materiał budowlany przeznaczony na budowę plebanii: 20 000 sztuk cegły, 2000 kg nowej blachy ocyn-kowanej, 12 metrów sześciennych budulca i desek. Słowem wszystko, co w chwili zagarnięcia przez rzymskich katolików tam się znajdowało oraz na placu cerkiewnym (...). Byliśmy szykanowani (...) Już dwunasty rok modlimy się pod gołym niebem. Bez względu na deszcz, śnieg, na wiatr zrywający pokrycie kielicha z Najświętszymi Darami. Bez względu na trzaskający mróz, stoimy i śpiewamy pieśni o miłości bliźniego. Marzną łzy na policzkach, a gdy oczy zwrócą się ku górze, gdy ujrzą wielką, wspaniałą kopułę naszej cerkwi, uwieńczoną trójramiennym krzyżem (na małych kopułach po dwa ramiona już obcięto, by były krzyże jednoramienne), sięgające zdaje się samego nieba, gdzie jest Jedyna Sprawiedliwość – płyną nowe łzy. Od cerkwi odgradza nas płot (...) za którą (...) ukazuje się postać kapłana rzymskokatolickiego, który nie zdejmując czapki przed odbywającym się Przeistoczeniem, bez chrześcijańskiego pozdrowienia, przechodzi obok, zdąża na Mszę Świętą, zresztą jedną w tygodniu. Gdy ją odprawi, cerkiew znowu będzie stała zamknięta (...)”.
     Władze Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego nie otrzymały odpowiedzi od papieża Jana Pawła II. I mimo wyroku Sądu Rejonowego w Krośnie nakazującego parafii katolickiej oddanie prawosławnym ich odbudowanej cerkwi do chwili obecnej świątynia jest w posiadaniu rzymskich katolików.
     Takich przykładów można podać wiele.
    

wtorek, 11 stycznia 2011

BOMBA CYKA U RYDZYKA (część piąta i ostatnia)


Przemysław Harczuk i Piotr Łuczuk z „Gazety Polskiej” (15.09.2008) piszą o trwającym kilka miesięcy śledztwie dziennikarskim, które doprowadziło do odkrycia nowych faktów w sprawie zbiórki pieniędzy na ratowanie Stoczni Gdańskiej. „Toruńskie media” podkreślają, że wszystko zostało już dawno wyjaśnione – piszą dziennikarze – jednak materiały, do których dotarliśmy, przeczą tym zapewnieniom: „Sprawa pieniędzy ze zbiórki na ratowanie Stoczni Gdańskiej wciąż pozostaje jednym z największych sekretów dyrektora Radia Maryja, ojca Tadeusza Rydzyka. Pieniądze zniknęły. W numerze „Gazety Polskiej” z 11 lipca 2007 r., opublikowaliśmy listy przewodniczącego komitetu ratowania stoczni, kapitana Żeglugi Wielkiej Bolesława Hutyry, skierowane do dyrektora Radia Maryja. Hutyra domaga się w nich od ojca Rydzyka i osób związanych z Radiem Maryja, m.in. b. Edwarda Frankowskiego i ojca prof. Alberta Krąpca, wyjaśnienia niejasnej sytuacji funduszy zebranych na ratowanie stoczni. W odpowiedzi spotkał go brutalny atak, przeprowadzony przez otoczenie ojca dyrektora. „Jestem zmuszony prosić o pomoc w uzyskaniu szczerej rozmowy z o. Dyrektorem Radia Maryja, gdyż od maja 1997 r. takiej możliwości nie miałem.” – czytamy w jednym z listów. – „Napotkałem jednak kategoryczny sprzeciw i nieszczerość oraz fałszywe pomówienia mojej osoby…”.
        –   Mój ojciec nawet po atakach ze strony ludzi Radia Maryja, usiłował sprawę wyjaśnić wewnątrz środowiska, troszczył się o radio – mówi Tomasz Hutyra, syn Bolesława – Ludzie Rydzyka potraktowali go niesprawiedliwie i brutalnie. To było dla nas piekło.
        Według dokumentów, którymi dysponujemy, Feliks B. Pieczka oraz Zbigniew Sulatycki oskarżali Hutyrę o współpracę z SB oraz WSI, co doprowadziło do utraty zaufania potrzebnego do sprawowania przez niego funkcji Przewodniczącego Społecznego Komitetu Stoczni Gdańskiej. W „Gazecie Polskiej” z 18 lipca 2007 r., zamieściliśmy listy, które bronią Hutyrę przed niesprawiedliwymi atakami. Ich autorami są: duszpasterz ludzi morza, o. Józef Krok, a także przyjaciel rodziny, Andrzej Bugajski, który w 2005 r. zginął w wypadku razem z Hutyrą.
        –   Ojciec wspólnie z dwoma osobami jechał na spotkanie z ministrem skarbu. Spotkanie miało dotyczyć sytuacji Stoczni Gdańskiej. Wszyscy zginęli – mówi T. Hutyra – Nie chcę nikogo winić, faktem jest jednak, że szczegóły wypadku byłby bardzo dziwne, a przez śmierć ojca stracona została Stocznia Gdańska, a także szansa na wyjaśnienie tajemnicy zbiórki. Pozostałe osoby, które mają wiedzę na ten temat, to ludzie z najbliższego otoczenia ojca dyrektora. Nabrały one wody w usta”.
        Szczerze wyznam, że nie wiem dlaczego zginęły osoby, które domagały się od Tadeusza Rydzyka oddania wielkiego szmalu na ratowanie Stoczni Gdańskiej?!
        Przypadek?! Na pewno przypadek?!
        I co się stało z pieniędzmi przeznaczonymi dla Stoczni Gdańskiej?
        Utonęły w rydzykowej czarnej dziurze.
        W roku 2008 pazerny Rydzyk ogłosił nowy apel do słuchaczy o dawanie pieniędzy na wykorzystanie wód geotermalnych do ogrzania Wyższej Szkoły Kultury Medialnej w Toruniu. Zrobił to bez zgody władz, podobnie jak ongiś, kiedy skosił szmal na „ratowanie” Stoczni Gdańskiej.
        Dodam, że w tej właśnie chwili Stocznia Gdańska znalazła się na skraju bankructwa. Stoczniowcy protestowali, udali się pod Urząd Rady Ministrów. Domagali się pieniędzy od Rze-czypospolitej, czyli od podatników, ale nie od zakonnika.
        „Trzeba te pieniądze przeznaczyć na ten cel, na które zostały zebrane. Pieniądze, które miały być przeznaczone na Stocznię Gdańską, a nie zostały przeznaczony, właśnie dziś powinny być uruchomione i przekazane na rzecz pomocy stoczniowcom” – uważa Wenderlich.
        Poseł dodaje, że do apelu o rozliczenie się z pieniędzy na Stocznię Gdańską zainspirowała go kolejna zbiórka, którą ogłosił ojciec Tadeusz Rydzyk. Redemptorysta zaapelował niedawno do słuchaczy, by przysyłali datki na wykorzystanie wód geotermalnych do ogrzania Wyższej Szkoły Kultury Medialnej w Toruniu. 
 Poseł zwraca też uwagę, że gdyby zwykły obywatel prze-prowadził jakąś zbiórkę pieniędzy, musiałby się z niej rozliczyć.
         Od 1997 o. Rydzyk zebrał „na pomoc Stoczni Gdańskiej” – według różnych źródeł ponad 100 mln dolarów!
        Ani jeden grosz nie trafił do stoczni.
        –   Ojciec Rydzyk powiedział, że nie da nam pieniędzy na przeżarcie – zdradza Jerzy Borowczak, lider stoczniowej „S”.
Kończąc tę krótką historią niezwykłej kariery zakonnika, chciałbym zacytować mój felieton, efekt przemyśleń na temat losów dwóch mnichów, którzy odegrali dużą rolę w swoich krajach. Felieton ten znajdzie się w czwartym tomie (aktualnie przygotowywany do druku) zbioru pt. „Świat według Rodana”.

Dwaj panowie ®
Krótka opowieść o dwóch mnichach – ćwierćinteligentach
i ich wielkim wpływie na życie półinteligentów.

            Jeden z nich to Grigorij Rasputin (1869–1916), syberyjski chłop, mnich, półanalfabeta, jeden z najbardziej rozpustnych awanturników w historii. Ten święty satyr „przeleciał” w Petersburgu wiele arystokratek, żon oficerów, aktorek i dam z towarzystwa. Robert Kinloch Massie (The Romanovs: The Final Chapter) napisał w biografii Rasputina, że: „zbliżenie z niedomytym mnichem, z potarganą brodą i brudnymi rękami stało się dla petersburskich dam nowym elektryzującym doświadczeniem, bachiczną orgią i rozkoszą cielesną”.
            Człowiek ten lubieżny, złowrogi, zdradliwy, uwielbiający pieniądze i złoto miał iście hipnotyczny wpływ na cara Mikołaja II i jego niemiecką żonę, heską księżniczkę, carycę Aleksandrę. Władcy Rosji mieli synka, Aleksieja (następca tronu), chorego na hemofilię, a Rasputin, mający także famę uzdrowiciela, mógł ulżyć jego cierpieniom. I rzeczywiście mnich pomagał młodemu carewiczowi (w jego obecności krwawienie ustawało) i tym to właśnie zdobywał prawie nieograniczone wpływy na dworze carskim.
            W czasie I Wojny Światowej mnich stał się potężny i nietykalny. Przerażona arystokracja postanowiła pozbyć się Rasputina. Książę Feliks Jusupow poczęstował go zatrutym winem i ciastem, po czym strzelono do niego czterokrotnie z pistoletu. Inny z zamachowców odciął mu penisa. Ciało zatopiono w Newie.
            Rasputin doczekał się wielu biografii, prac popularno-nau-kowych i filmów. Najbardziej znane to: „Szalony mnich” reż. Don Sharp (1966) oraz „Rasputin: Dark Servant of Destiny” (1998) w reżyserii Uliego Edela. Jednakże najbardziej wierny obraz mnicha przedstawił Elem Klimow w wyśmienitej „Agonii” (1981), opowiadającej o upadku carskiej Rosji i Mikołaja II. Najnowszym filmem o Rasputinie jest, dwuczęściowy dokument „Rasputin” (2005) w reżyserii Vladislava Mirzoyana.
            Drugim z mnichów jest Tadeusz Rydzyk (ur. 1945), wieśniak spod Olkusza, najbogatszy na świecie zakonnik ślubujący ubóstwo. Kochanek starszawych dam z różańcem w torebce i z moherowym berecikiem na główce, które na jego widok doznają cielesnej rozkoszy.
             Doczekał się wielu filmów opisujących jego działania, jak np. „Imperium Ojca Rydzyka” (2002 r.) w reżyserii Jerzego Morawskiego. Film ten znajduje się w internecie, ale nie można go otworzyć, ani nagrać ponieważ jest... ZABLOKOWANY! Podobnie, jak zablokowane są inne śmieszne filmiki o tym świętym mężu!
            Chcecie głośno protestować? He, he, he, nie drzyjcie ryja, bo wam pęknie szyja!
            Właśnie z chłopami mojej wsi zamówiliśmy nowe browarki, aby bufetowa Jadźka wykonała plan, kiedy ten niekumaty Zwiadowca Szoguna zapytał: Rydzyk niedawno powiedział: „Każdy liberał jest durniem, a każdy dureń – liberałem”. Chłopy, czy z tego wniosek, że Rydzyk jest liberałem?!
 W kolejnej części bloga również sensacyjne, kryminalne tematy naszego, przepraszam za wyrażenie, duchowieństwa.



poniedziałek, 3 stycznia 2011

BOMBA CYKA U RYDZYKA (część czwarta)


W ramach rozbudowy swego medialnego imperium Tadeusz Rydzyk zapragnął mieć gazetę. Pod ręką było upadające pismo „Ilustrowany Kurier Polski” z Bydgoszczy. W 1997 roku do jego ówczesnego redaktora naczelnego Andrzeja Szmaka przyszła prezes miejscowej drukarni Jadwiga Mojzesowicz-Milewska. Oznajmiła, że Tadeusz Rydzyk chciałby kupić „IKP”.
            – Ucieszyłem się – wspomina Andrzej Szmak. – Pismo było akurat w złej kondycji. Wyglądało na to, że Rydzyk spadł nam z nieba. Rozmowy na temat sprzedaży pisma miały odbyć się w drukarni, u prezes Mojzesowicz-Milewskiej.
            Szmak czekał na sygnał od niej. Pewnego dnia nadeszła wiadomość: kupiec przybył. Redaktor naczelny stawił się na spotkanie z ojcem Rydzykiem. W gabinecie Mojzesowicz-Milewskiej siedział starszy mężczyzna w sweterku. Prezes przedstawiła gościa. Nazywał się Stanisław Golec. Po czym oznajmiła. „To właśnie pan Golec kupi gazetę”. Stanisław Golec wyjął dowód osobisty, by potwierdzić, że on to on. Ale Andrzej Szmak był skonsternowany. Tytuł miał przecież kupić Tadeusz Rydzyk. Redaktor Szmak wspomina:
            – Odciągnąłem panią prezes na bok i spytałem: – O co chodzi? Miał być Rydzyk.
            Prezes wyjaśniła, że Stanisław Golec kupuje gazetę w imieniu Rydzyka. –  
            Stanisław Golec podpisał z redaktorem Szmakiem stosowne dokumenty kupna-sprzedaży gazety. I odjechał. Stanisław Golec jest zakonnikiem we wrocławskim klasztorze Redemptorystów.
            Kilka dni później przyjechał do Bydgoszczy Tadeusz Rydzyk z ojcem Janem Królem, także redemptorystą pracującym w Radiu Maryja. Przywieźli pieniądze. Szmak na sprzedaż gazety ściągnął jej głównego właściciela. Finalizować zakup zaczął ojciec Rydzyk:
            „Ojcze Janie, proszę o marności”. Ojciec Jan otworzył czarną dyplomatkę. Były tam w dużym nieładzie i niepowiązane banderolami banknoty. Wysypał pieniądze na stół. Ojciec Rydzyk sięgnął do kieszeni czarnej marynarki i wyciągnął z niej karteczkę z wypisaną kwotą. „Ojcze Janie, jeszcze więcej marności”.
            Szmak zauważył, że głównemu właścicielowi tężeje twarz. W końcu właściciel wydobył z siebie: „Ojcze dyrektorze, nie mogę przyjąć gotówki. Taka transakcja musi się odbywać za pośrednictwem banku, przelewów”.
             Przez kilkanaście minut ojciec Rydzyk z głównym właścicielem odpychali od siebie sterty pieniędzy na stole – opowiada Szmak. Ojciec dyrektor przekonywał, że w bankach pracują wścibskie urzędniczki, pytają, skąd pieniądze, dla kogo? Lepiej tego uniknąć. Właściciel nie przyjął gotówki. Uzgodnił z ojcem Rydzykiem, że pieniądze zostaną przekazane za pośrednictwem banku.
            Ojciec Stanisław Golec jest proboszczem w parafii przy wrocławskim klasztorze Redemptorystów. Formalnie to on nabył „Ilustrowany Kurier Polski”. Jakie zdobył doświadczenie jako właściciel gazety?
            – Co, ja byłem właścicielem? Po jednym dniu ją przekazałem – mówi ojciec Golec.
            Ojciec Rydzyk posłużył się ojcem Golcem, aby uniknąć rozgłosu przy zakupie gazety.
W maju 2001 roku Sąd Rejonowy Wrocław Fabryczna wezwał zarząd fundacji do uzupełnienia dokumentów, m.in. o akt potwierdzający tytuł prawny do trzech willi przy ulicy Wiwulskiego 7. Dokumenty nie zostały dostarczone. Działka, na której one stoją, jest własnością fundacji Nasza Przyszłość, także powołanej przez ojca Rydzyka. Fundacja ta działa w Toruniu i Szczecinku (m.in. prowadzi tam szkołę). Nasza Przyszłość kupiła nieruchomość przy ulicy Wiwulskiego przed rokiem 1997.
            Gdyby do sądu wpłynęły żądane dokumenty świadczące, że Nasza Przyszłość wynajmuje nieruchomość fundacji Lux Veritatis, wyszłoby na jaw, iż właściciel trzech willi wartych kilka milionów złotych, czyli ojciec Tadeusz Rydzyk, wynajmuje je sam od siebie.
             Przed Sądem Rejonowym w Bydgoszczy toczył się proces o kradzież pieniędzy Radia Maryja. 237 tysięcy marek zginęło w 1995 roku z bydgoskiego mieszkania Stefanii B., emerytki, wolontariuszki w toruńskim radiu. Śledztwo ujawniło dziwne mechanizmy obrotu finansami w Radiu Maryja.
            Dzień przed kradzieżą ojciec Rydzyk wezwał do swego gabinetu w Radiu Maryja wolontariuszkę Irenę W. (powiedział później prokuratorowi, że nie znał nawet jej nazwiska).
            W aktach sądowych jest zeznanie wolontariuszki: „Po wejściu do gabinetu ojciec dyrektor otworzył szafę. Wyjął z niej czarną, sztywną teczkę. Otworzył ją. W teczce zobaczyłam pieniądze. Ojciec wyjął z szafy reklamówkę i wkładał do niej pieniądze z teczki. Nie liczył pieniędzy. Po włożeniu pieniędzy ojciec dyrektor zwinął reklamówkę i włożył do innej reklamówki.
            – Ile jest tych pieniędzy? – spytałam ojca dyrektora.
            Ojciec Rydzyk poszukał karteczki i powiedział:
            – 237 tysięcy 500."
             Irena W. wyruszyła z Torunia ze znajomymi ich małym fiatem do Bydgoszczy. Worek-reklamówkę z pieniędzmi trzymała na kolanach. Myślała, że jest tam 237 tysięcy złotych, gdyż ojciec dyrektor nie wymienił nazwy pieniędzy. Nie bała się.
            Z zeznań w aktach: „Wiedziałam tylko, że muszę tych pieniędzy pilnować, dowieźć je i oddać”.
            W Bydgoszczy zawiozła pieniądze do mieszkania na ósmym piętrze w bloku nauczycielskim, w którym mieszka Stefania B., i tam przekazała przesyłkę. Gospodyni rozwinęła reklamówkę i wyjęła pieniądze. Irena W. nie znała się na zagranicznych pieniądzach.
            Z akt: „Te miały banderole, chyba były prawdziwe. Liczyłyśmy je”. Okazało się, że pieniędzy jest mniej, niż wolontariuszka zapisała u ojca dyrektora. Zamiast 237 tysięcy 500 było 217 tysięcy 500, ale nie złotych, lecz niemieckich marek. Stefania B. włożyła marki do reklamówki, którą postawiła na podłodze. Następnego dnia, pod nieobecność w mieszkaniu właścicielki, pieniądze od ojca Rydzyka zginęły. Nie było śladu włamania. Policja długo nie mogła wpaść na ślad sprawców.
             Podejrzanym okazał się wolontariusz Radia Maryja, student teologii. Stefania B. uczyła go w swoim mieszkaniu niemieckiego. Podrobił klucze, bo zapewne wiedział o przesyłanych co pewien czas pieniądzach ojca Rydzyka.
            Stefania B. zeznała, że z pieniędzmi od ojca dyrektora wielokrotnie wyjeżdżała do Niemiec po zakup sprzętu dla Radia Maryja. W wyjazdach towarzyszył jej Piotr R., elektronik, współpracownik toruńskiej rozgłośni. Piotr R. prowadzi w bloku na jednym z bydgoskich osiedli zakład naprawy sprzętu elektronicznego. W oknie wisi emblemat Rodziny Radia Maryja.
             Prokuratura zaczęła odsłaniać mechanizm krążenia pieniędzy z Radia Maryja. Ojciec dyrektor zazwyczaj przekazywał do Bydgoszczy kwoty w złotówkach. Grupa emerytek prosiła w kantorach o przygotowanie na wymianę dużych kwot w markach, potem przychodziły z reklamówkami wypełnionymi złotówkami. Wymienione marki przynosiły do Piotra R. lub wpłacały na jego konto dewizowe.
             Piotr R. pobierał pieniądze i należącym do Radia Maryja fordem transitem jechał wraz ze Stefanią B. do Niemiec. Marki przemycał przez granicę. Sprzęt nabywał w berlińskiej firmie Alfred Knitter GmbH. Były to m.in. czasze anten satelitarnych. Wracał przez przejście w Kołbaskowie, skąd wysyłał zazwyczaj faks do ojca Rydzyka o treści: „Czekać będę do odprawy około dwunastu godzin. Proszę o modlitwę”. Po przejściu sprzęt przywoził do rozgłośni w Toruniu.
            Ojciec Rydzyk kierował do urzędu celnego pismo: „Zwracam się z prośbą o zwolnienie z opłat celnych sprzętu antenowego przywiezionego z Niemiec, daru dla Radia Maryja od przyjaciół w Szwajcarii. Z góry dziękuję. Szczęść Boże! Bóg zapłać”.
            Do podania dołączał zaświadczenia od Towarzystw Wspierania Radia Maryja w Szwajcarii, Niemczech i Włoszech potwierdzone w polskich placówkach dyplomatycznych, że sprzęt jest darem dla toruńskiej rozgłośni.
            Prokuratura bydgoska podjęła dwa śledztwa. Pierwsze – o nielegalny wywóz pieniędzy Radia Maryja za granicę bez zezwolenia dewizowego, i drugie – o niepłacenie przez Radio Maryja opłat celnych i posługiwanie się fałszywymi aktami darowizny.
            Oba śledztwa umorzono „wobec braku ustawowych znamion czynu zabronionego” i „wobec przedawnienia ścigania”.
            Dochodzenia prokuratorskie dotyczyły tylko jednego wyjazdu Piotra R. do Berlina – tuż po kradzieży pieniędzy z mieszkania Stefanii B. Kilkunastoma wyjazdami po sprzęt, podczas których dochodziło do podobnych „czynów zabronionych” – przemycania przez granicę olbrzymich kwot marek i dolarów – bydgoska prokuratura nie zawracała sobie głowy.
            Takim sposobem budowano Radio Maryja.
            Stefania B. zeznała, że znała numer konta dewizowego Piotra R. i stale zasilała je pieniędzmi Radia Maryja. Wpłacała na przykład trzykrotnie po 30 tysięcy marek w 1995 roku, w następnym – 30 tysięcy marek, 40 tysięcy dolarów, 50 tysięcy dolarów. Emerytka pobierała niekiedy pieniądze w złotówkach od ojca Rydzyka.
            Z akt: „Wpłacałam je kilkakrotnie na swoje konto. Wymieniałam na marki lub dolary i zawoziłam do Torunia. Przekazywałam ojcu dyrektorowi. Raz było to dwa miliardy starych złotych”.
            Piotr R. wywoził pieniądze za granicę i przywoził do kraju – jako dary – anteny, samochody (na przykład audi), wóz transmisyjny itd.
            W prokuraturze zeznawał: „90 tys. dolarów przekazałem księdzu Rydzykowi od razu, a z 30 tys. marek rozliczyłem się z ojcem, gdy wróciłem ze sprzętem. Około 17 tys. marek zwróciłem ojcu Rydzykowi, a od ojca Jana M. (także pracującego w rozgłośni) wziąłem 57 tys. zł na zapłacenie odprawy celnej”.
            Z ręki do ręki, bez liczenia.
            Prokurator Jarosław Swat z bydgoskiej prokuratury był porażony krążeniem pieniędzy z ręki do ręki, przenoszeniem plików banknotów przez emerytki w reklamówkach, przekazywaniem bez pokwitowań, przeliczeń itd.
            Wystosował pismo do ojca Rydzyka, w którym poprosił o podanie danych personalnych osób zajmujących się w Radiu Maryja księgowością. Ojciec dyrektor odpisał: „Rozgłośnia posiada swoją rachunkowość, ale odmawiam ujawnienia danych w tym zakresie”.
Pieniądze, jakimi obraca ojciec Rydzyk, łatwość, z jaką je zdobywa, może dobrze o nim świadczyć jako biznesmenie. Wielu duchownych, zakonników jest tym jednak wstrząśniętych i oburzonych.
             Moim zdaniem biznesmen Rydzyk chce dobrze, kiedy mówi, że człowiek jest zasadniczo zły, ze skłonnościami do homoseksualizmu i do bycia Żydem. Dlatego boli mnie, gdy internauci zadają pytania, np. „Skąd się wziął twój majątek, ojcze dyrektorze?”, albo „Czy ty ojcze dyrektorze na pewno wierzysz w Boga? To chyba nie może być ten sam Bóg, w którego My wierzymy”.
            Takich to od razu bym wyrzucał na Madagaskar! Spływajcie szybko gondolą, bo was mohery opitolą!

czwartek, 30 grudnia 2010

BOMBA CYKA U RYDZYKA (część trzecia)


Zanim rozpocznę tę Criminal Story o Rydzyku chciałbym kilka słów na temat facebooka. Otóż nadal wylatują tam ludzie, którzy są antyklerykałami. I tak wykasowana została Anna Muzyka, wywalony „Opuszczam Kościół”, innym blokuje się możliwość korespondencji (piszą o tym w komentarzach do moich dwóch poprzednich postów). Niektóre bardziej ostre posty giną w „sinej mgle”. Hippie Gnoth i wielu innych wymieniło „uszkodzone” konta i zarejestrowało się pod innymi nazwiskami. Zagrożonych jest wiele osób, ale nie podaję ich nazwisk, żeby nie zawieszać im tarczy strzelniczej na plecach.
Na pytania, czy odwołałem się od decyzji facebooka – TAK! (informację od adminów-anonimów dostałem po angielsku).Czy dostałem jakąkolwiek odpowiedź – NIE. Po prostu na Berdyczów piszcie do mnie!
Polski facebook być może doczeka się mojej książki na jego temat.
Facebook zaczyna oczyszczać się z LUDZI MYŚLĄCYCH. Chce być klerykalną przystawką Kościoła i przegra na tym, tak jak przegrywa Kościół. Ma tam królować papka mózgowa, ble, ble, bla, bla. Czy Polaczki muszą myśleć? A po co! Demokrację tak pojmowaną jak administratorzy facebooka ma tylko taczanka (z kulomiotem) na stepie…
Chcę podziękować za popularyzację mojego bloga na fejsie: Henrykowi, Włodkowi, Emilii, Ewie, Jolancie, Renacie, Sławomirowi oraz Piotrowi. Dziękuję również za liczne, miłe listy, które dostaję w poczcie mailowej.
Ale wracam do naszego bohatera…
Dlaczego pan Rydzyk jest „świętą krową”? Czy cyniczni politycy liczą się z jego kilkumilionowym moherowym „zapleczem”? Jaki jest jego prawdziwy życiorys?
            Najbardziej mroczny okres w życiu o. Rydzyka rozpoczął się w 1986 r., kiedy to 41-letni wówczas zakonnik bez problemu uzyskał od toruńskiej Służby Bezpieczeństwa paszport, by wyjechać z grupą studentów do Rzymu.
„W drodze powrotnej okazywał wyraźne i narastające zdenerwowanie. Tuż przed „żelazną kurtyną” (granicą RFN–NRD) nieoczekiwanie wysiadł z autobusu i... zniknął. - Oto co mówi o dalszych losach swojego współbrata redemptorysta o. Jerzy Galiński, będący w latach 1978–1991 szefem Polskiej Misji Katolickiej w Monachium, a obecnie (wystąpił z zakonu) proboszczem parafii w Marktschellenberg: - Trwały bardzo intensywne poszukiwania ojca Rydzyka, nie wiadomo było, gdzie się znajduje, gdzie przebywa. Te usiłowania nie dały żadnego rezultatu i skończyło się tym, że ówczesny ojciec prowincjał przysłał suspensę dla ojca Rydzyka, to znaczy zawieszenie w wykonywaniu czynności kapłańskich. Któregoś dnia Rydzyk zjawił się u mnie w Monachium. Przyszedł wtedy do mnie jako kierownika polskiej misji z prośbą o pomoc w sprawie uzyskania legalnego pobytu w Niemczech. Powiedział mi, że przez te 6 miesięcy, kiedy trwały poszukiwania, mieszkał u pastora ewangelickiego w Norymberdze. Ojciec Tadeusz był niesamowicie zdenerwowany. Ja stałem przy oknie, a on biegał po pokoju, gestykulował, przerywał zdania, wpadał stale w jakąś nową myśl, nie kończył tej myśli. Zamierzał złożyć wniosek o azyl polityczny. To nie miało nic wspólnego z działalnością opozycyjną w Polsce. Ojciec Rydzyk zwrócił się do diecezji Bamberg z prośbą o przyjęcie (w poczet księży), czyli chciał wystąpić z zakonu. To nie przyniosło żadnego rezultatu, nie został przyjęty, więc zwrócił się z podobną prośbą tutaj, do diecezji monachijskiej. Też nie został przyjęty. Spotkał się z decyzją odmowną i wtedy podjęto starania, żeby znaleźć dla ojca Rydzyka jakieś sensowne zajęcie ”.
        Ostatecznie o. Galiński załatwił przybłędzie robotę kapelana sióstr zakonnych w Oberstaufen – niewielkim (około 7,5 tys. mieszkańców) miasteczku tuż przy granicy austriacko-szwajcarskiej.
        Jedna z sióstr doskonale o. Tadeusza pamięta, bo nigdy nie mogła pojąć, o co mu chodziło z zaświadczeniami o darowiznach „na cele kultu religijnego”, zwalniającymi duchownych w Polsce – przypomnijmy – z opłat celnych i podatków: „On mieszkał tutaj jeszcze w roku 1989. Organizował wysyłki samochodów do Polski. Mnie prosił o pieczątkę. Chodziło o sprawy celne. Do ojca Rydzyka przyjeżdżało wiele osób i coś zabierali do Polski” – opowiada zakonnica, ujawniając przy okazji, że właśnie wtedy o. Tadeusz zaraził się radykalną ksenofobią, nawiązując kontakt z lokalną rozgłośnią Radio Maria International (zamkniętą później przez biskupa augsburskiego, bo zagrażała jedności diecezji, i przekształconą w Radio Horeb) w pobliskim Balderschwang.
        Co było dalej, z grubsza wiadomo: w 1991 r. powstała lokalna stacja Radia Maryja w Toruniu, która błyskawicznie rozwinęła się dzięki megaprzekrętowi z cegiełkami na ratowanie stoczni gdańskiej (ponad 100 milionów złotych wpłynęło do rydzykowego komitetu). Sprawy nielegalnej zbiórki nie wyjaśniła nigdy żadna prokuratura (do tego tematu jeszcze wrócę)… Medialne imperium urosło w siłę, no i  dzięki temu Polsce mamy to, co mamy...
     A czego do dzisiaj o założycielu Radia Maryja nie wiemy? Przede wszystkim nie wiemy, kim był jego biologiczny tatuś, bowiem synek urodzony 3 maja 1945 r. w Olkuszu raz opowiada (wywiad z 2001 r. dla „Posłańca Ducha Świętego”), że urodził się w rodzinie robotniczej, jako przedostatni z sześciorga rodzeństwa („rodzice ciężko pracowali, my dbaliśmy o porządek w domu”), a innym razem, że wychowywała go owdowiała matka. Jedno jest pewne: Franciszek Rydzyk, mąż mamy Tadeuszka i ojciec jego starszego rodzeństwa, trafił do Konzentrazionslager Dachau (tamże zginął) na długo... przed poczęciem Tadeusza.  A po latach  tenże mały Tadzio, wyrzucany z zakonu, pokątny handlarz, staje się idolem polskich polityków. W skład rydzykowego imperium wchodzi wiele podmiotów.
Konsorcjum
Radio Maryja (właściciel koncesji: Warszawska Prowincja Redemptorystów)
Biura Radia Maryja
Koła Przyjaciół Radia Maryja
Fundacja „Nasza Przyszłość” (właściciel i prezes: o. T. Rydzyk) 
 „Nasza Droga” – czasopismo Młodzieży Katolickiej
 „Nasz Dziennik” (SPES sp. z o.o.)
Fundacja „Lux Veritatis” (właściciel i prezes: T. Rydzyk)
TV Trwam (skrót często rozszyfrowywany: T (tadeusz) R (rydzyk) WAM
Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej, której szefuje T. Rydzyk (od niedawna już doktor teologii, ha, ha, ha.)
     Rydzyk, prymitywny, niedouczony zakonnik z tytułem doktora, jest państwem w państwie! Przez nikogo niekontrolowany, robi co chce. Nie chciałbym takim akcentem kończyć 3 części (ale nie ostatniej) sagi o Rydzyku. Pokażę teraz także jego ludzką twarz w bardzo słynnej wypowiedzi: kilka lat temu, Ojciec Dyrektor w jednej ze swoich audycji, ostrzegł, że należy bezwzględnie zakazać amerykańskich bajek w Polsce. Otóż czujne oko Ojca spostrzegło to, czego cenzura dojrzeć nie potrafiła. Oto fragment słynnej wypowiedzi Ojca na falach mojego ulubionego radia (2006 rok): 
         „Ja wiem, że w polskiej telewizji jest teraz wiele amerykańskich bajek. Ale one są wymysłem szatana i prowadzą prosto ku zatraceniu. Oto jedna z polskich stacji emituje bajkę Teletubbisie, w której występuje postać o imieniu Tinky Winky. Postać ta jest wyraźnym symbolem zboczenia, jakim jest gejostwo. Po pierwsze jest różowa, kolor gejów, po drugie ma na głowie antenkę w kształcie trójkąta, a to przecież ich symbol. Po trzecie, nosi coś w rodzaju torebki, jak reszta tych zboczeńców”
Internauci - a ja także w felietonie, a potem w drugim tomie „Kryminalnej historii Kościoła” - natychmiast przychylili się do tej opinii i wspomogli szacownego Ojca Dyrektora spostrzeżeniami dotyczącymi amerykańskich bajek.
A oto lista najbardziej podejrzanych postaci-zboczeńców:
Fred Flintstone
Dowód: Jego ksywa w drużynie kręglarskiej to Druzgocący Fred. Piosenka z tej kreskówki kończy się słowami: ...we'll have a gay all time! Nosi pomarańczowe futro z małymi trójkącikami. We wszystkich odcinkach więcej czasu spędza z Barneyem niż z własną żoną!
Królik Bugs
Dowód: Często stoi z ręką na biodrze. W jednym odcinku grał fryzjerkę. Bardzo lubi nosić sukienki oraz wszelkiego rodzaju apaszki. Często uwodzi pozostałe męskie postaci.
Velma (ze Scooby Doo)
Dowód: Zawsze stara się siedzieć obok Daphne, kiedy jedzie furgonetką. Ma szerokie ramiona oraz nosi męski, wełniany sweter razem z grubymi skarpetami.   
Popeye
Dowód: Je dużo szpinaku. Nosi strój marynarza, ale nie był na statku od lat! Lubi tańczyć jak marynarz. Spotyka się z bezbiustym transwestytą imieniu Olive Oyl. Jego najlepszy przyjaciel nazywa się Pimpuś.
Batman i Robin
Dowód: Ksywka Robina to Boy Wonder. Prawdziwe imię Batmana to Bruce. Obaj noszą rajtuzy. Są w doskonałej kondycji i lubią pokazywać sobie różne sztuczki z linkami, kajdankami i resztą tego nieczystego sado-masochistycznego sprzętu.
Różowa Pantera
Dowód: Wystarczy spojrzeć na kolor. Różowy. Kolor gejów.

Ciąg dalszy nastąpi


wtorek, 28 grudnia 2010

BOMBA CYKA U RYDZYKA (część druga)

BOMBA CYKA U RYDZYKA (część druga)

        Czytajcie i niech Wam czacha dymi, mózg paruje, oczy zachodzą w ciążę. Uff!            Antysemita i nacjonalista Rydzyk, twórca medialnego imperium, jest dla milionów swych wyznawców chrześcijańskim murem stawianym przed hordami niewiernych deprawatorów polskiego narodu, takich jak: masoni, geje, lesbijki, komuchy, liberałowie, ateiści, agnostycy, żydzi i cykliści oraz Harry Potter.  
        W sprawie koncesji dla TV „Trwam” nieoczekiwanie dla Rydzyka zaczynają się schody. KRRiTV zaczyna mieć wątpliwości i dotyczą one finansów, a dokładnie majątku trwałego Lux Veritatis, rydzykowego wnioskodawcy o koncesję telewizyjną. Fundacja otrzymała bowiem pożyczkę poza bankową w wysokości dziewięciu milionów złotych i zużyła ją na zakup majątku trwałego. Taka pożyczka może grozić utratą przez fundację kontroli nad TV „Trwam”, szczególnie, że nie wiadomo, kto tej pożyczki... udzielił i jakie jest jej zabezpieczenie.
        Może grozić, ale nie w Polsce. I nie starym kawalerom w czarnych sukienkach.
        Dodam, że Lux Veritatis po rejestracji w sądzie i wpisie do Krajowego Rejestru Sądowego w 1998 r., została zgłoszona w Ministerstwie Kultury dopiero 20 listopada 2002 r. (4 lata później), a 6 grudnia 2002 r. już został złożony wniosek na koncesję. Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia wniosek uzyskał pozytywne opinie wszystkich opiniodawców z wyjątkiem... departamentu ekonomiczno-finansowego, który zapytał o źródła finansowania telewizji.
        Braciszkowie od duce Rydzyka, trzymani przez niego krótko na smyczy, natychmiast odpowiedzieli, że mają to być darowizny, ale wolą darczyńców jest, aby pozostali anonimowi. I trwa zabawa w kotka i myszkę, bo wszyscy dobrze wiedzą, że rydzykowe fundacje są po to, aby utrzymywać przekonanie, iż Radio Maryja jest nadawcą społecznym i nie prowadzi działalności gospodarczej. Tymczasem fundacje maryjnego generalissimusa w setkach parafialnych biur-skarbonek koszą szmal, o jakim tylko można śnić.
        I taką też fundacją jest Lux Veritatis, która powstała 27 kwietnia 1998 roku, kiedy to w kancelarii notarialnej Teresy Janeczko stawiło się trzech redemptorystów: o. Jan Król (prawa ręka Rydzyka w RM), o. Stanisław Kwiatkowski (zakonnik emeryt) i sam wódz, który został oczywiście prezesem fundacji. Wszak włożył w nią aż... 6 tys. złotych (pozostali braciszkowie po dwa). Następnie majątek wzrósł do kwoty ponad 5 milionów złotych i – jak znamy operatywność Tadzia – następnie rósł do niebotycznych rozmiarów. Prokuratury, ani urzędów skarbowych to nie interesuje.
        Rydzyk ma już wszystko: radio, dziennik ogólnopolski, wyższą uczelnię, telewizję. Wszyscy wiedzą, że doszedł do tego z pogwałceniem polskiego prawa, ale wszystko wskazuje na to, że cała zadyma – wraz z milionami niezapłaconych podatków – rozejdzie się po kościach Rydzykowi, bo kilkumilionowa armia moherów może po raz kolejny powstrzymać zakusy każdej komisji i prokuratury, ale przede wszystkim aktualnie rządzących partii.
      Rydzyk także pisze książki. Oczywiście nie sam, ale dyktuje swoje „złote myśli” podwładnym pretorianom.

        „Albo Polska będzie Chrystusowa, albo nie będzie jej w ogóle” – grozi o. Tadeusz Rydzyk na 104 stronie swojej książki „Tak-tak, Nie-Nie”. Tę Ewangelię według Rydzyka spisał dr Stanisław Krajski, który wielbi Rydzyka i – klęcząc przed nim – nazywa go Rycerzem Niepokalanej, porównuje z Grzegorzem Wielkim (papież, który na przełomie V i VI wieku, przywrócił papiestwu dawny blask) oraz ze św. Maksymilianem Kolbe (i tu słusznie, bo obaj to antysemici).

        A co rzecze sam Rydzyk w swoim dziele, w którym pycha ożeniona jest z cwaniactwem , schizofrenią i głupotą?
        O Matce Bożej: „Ona jest moją Matką. A ja jestem jej dzieckiem”.
        Czyżby  to znów było niepokalane poczęcie?
         O Unii Europejskiej: „Unia jest bez sensu. Nie ma tam sensu ani człowiek, ani jego życie. Tym sensem jest konsumpcja... Chrystus nie mówił nam nigdy o Unii Europejskiej ani o globalizmie. Nie mówił, żeby to tworzyć”.
        Kilka lat później Rydzyk wyciągnie łapę po unijne pieniądze, ale nie dostanie.
        O Harrym Potterze: „Chyba jesteśmy nienormalni, pozwalając naszym dzieciom czytać Harry’ego Pottera” i zachwycać się nim, bo jako rzecze Rydzyk „to jest właśnie stan choroby, ale to trzeba leczyć”.
        I słusznie gada ojciec, bo przecież Gabrielle Amorth, oficjalny egzorcysta diecezji rzymskiej, stwierdza: „Za gorączką potteromanii kryje się szatan”.
        O szatanie: Szatanowi służą: radio, telewizja, prasa. Jacy ludzie mu służą? Oczywiście rydzykowa konkurencja: „Ci ludzie mają media, mają pieniądze, oni się zorganizowali. Oni są uzbrojeni po zęby jak Goliat. Obyśmy my w tej sytuacji byli takim małym kamyczkiem, jak ten kamyczek w ręku Dawida. Ale tym Dawidem niech będzie Maryja”.
        Jasne, koleś, zawsze Maryja, no bo któż inny?
         O aborcji: „To holokaust!”.
        Sądzę, że nasi czcigodni duszpasterze powinni pójść do pierdla za współudział w zbrodniach, za te wszystkie dzieci zabijane przez rodziców, których nie stać na ich wyżywienie i wychowanie, za niemowlaki znajdowane w reklamówkach, zakopywane w lesie, mumifikowane w beczkach, wrzeszczące z kontenerów na śmieci, bo matka ma już trójkę „pociech” i nie może ich wyżywić za kilkadziesiąt złotych zasiłku miesięcznie.
        O tym, jak daje Bóg: „Pan Bóg zawsze daje przez Maryję”.
        O katolickiej Polsce: Polska pomoże uratować świat. Polska powinna być Chrystusowa. „Chrystusowa Polska to Chrystusowe państwo, Chrystusowa polityka, Chrystusowa gospodarka, Chrystusowa szkoła, Chrystusowa kultura. Chrystusowe państwo to nie jest żadne państwo wyznaniowe”.
        Oczywiście, że nie jest wyznaniowym, przecież Chrystus nie był nawet księdzem!
        O przeciwnikach „RM”: „Może oni przestali być Polakami? Kim zatem będą? Francuzami, od razu? Właśnie kim? Nie wiadomo, ale wiadomo, że są nie zakorzenieni”.
        Kto nie ma korzenia lub ma go lekko „podciętego”? Naturalnie Żydzi.
         O stoczni gdańskiej: „Powstał Komitet Ratowania Stoczni Gdańskiej i Przemysłu Okrętowego. Do dzisiaj ten komitet działa. Podejmuje starania, ażeby odzyskać stocznię”.
        W tym miejscu ojczulek udaje frajera, skoro zapomniał, ile szmalu ludzie dali mu na ratowanie stoczni i co z tego wynikło. Ale o tym będę pisał później… Tadek, spójrz w oczy Niepokalanej Zawsze Dziewicy, a usłyszysz przesłanie: „Rydzyk, ty mendo, oddaj ludziom forsę!”   
(ciąg dalszy nastąpi)





niedziela, 26 grudnia 2010

BOMBA CYKA U RYDZYKA (część pierwsza)

    Tadeusz Rydzyk, to zaiste, barwna postać wśród kościelnych handlarzy złudzeniami, któremu zawsze udaje się wywinąć od kary za ewidentne kryminalne pomysły. W przestępczej historii współczesnego polskiego chrześcijaństwa Rydzyk jest prominentną postacią.
    Inicjatywa powstania Radia Maryja wcale nie wynikała z cudownego objawienia Najświętszej Maryi Panny, która jest czczona jako przewodniczka Tadka Rydzyka w drodze do władzy i szmalu. Początki Radia Maryja związane są z pobytem o. Tadeusza w Niemczech oraz jego spotkaniem z panem Ivano Pietrobellim! To tam zaczęła się hucpa, która trwa do dziś.
        Rydzyk, który pod koniec lat 80. ubiegłego wieku szukał spełnienia swoich ambicji, trafił do diecezjalnej rozgłośni Radio Maria, działającej w Balderschwang w Alpach Bawarskich. Rozgłośnia owa została później z hukiem zamknięta przez diecezję z powodu głoszenia treści skrajnie prawicowych i antysemickich, ale zauroczony Rydzyk już wiedział, że radio o podobnej formule stworzy w Polsce, gdzie grunt jest bardziej podatny na ksenofobię. Należy dodać, że podobna rozgłośnia istniała  we Włoszech i Rydzyk również tam gościł, szukając doświadczeń, a zwłaszcza szczodrych patronów.
    I tutaj na arenę wkracza Ivano Pietrobelli, pracownik włoskiego konsulatu w Niemczech, współpracujący z włoskim Radiem Maria. To właśnie on pomógł wyposażyć Rydzykową stację. 10 lutego 1991 roku doszło do znamiennego spotkania o. Tadeusza Rydzyka z Ivano Pietrobellim w Sanktuarium Pana Jezusa Miłosiernego w Krakowie Łagiewnikach. Na tej naradzie przedstawiono propozycje pomocy materialnej w sprzęcie dla stacji naziemnych, nadawczych studyjnych, w łączach satelitarnych itp.
    W przeciwieństwie do niemieckiej i włoskiej imienniczki – RM w Polsce nie powstało jako medium Episkopatu czy diecezji, lecz jako niezależna inicjatywa zakonu redemptorystów.  Nauczony bowiem doświadczeniem Tadek nie popełnił  błędu niemieckich i włoskich przyjaciół „radiomaryjnych”, którzy podlegali miejscowemu biskupowi.
    W ciągu kilku lat ks. Rydzyk zbudował imperium, które dysponuje własnymi terenami, budynkami, nowoczesnym wyposażeniem technicznym. Jest raczej mało prawdopodobne, żeby tylko tzw. „wdowi grosz” mógł przyczynić się, i to tak szybko, do tej potęgi. O niejasnych i pozbawionych jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli operacjach finansowych fundacji Rydzykowych pisano wielokrotnie. Na razie bez większego skutku.
    Wszystkie sprawy zostały umorzone przez prokuraturę lub odmawiano wszczęcia śledztwa. Niemniej sądzić należy, że bomba (z opóźnionym zapłonem) cyka u Rydzyka i jest kwestią czasu, kiedy wybuchnie.
    Pomoc finansowa Ivano Pietrobelliego dowodzi, że od samego początku nie Najświętsza Maria Panna, zawsze dziewica, jak dla jaj informuje Rydzyk, ale obcy kapitał (niemiecko-włoski) pomagał w utworzeniu tej ksenofobicznej, antyreligijnej stacji, która nie ma nic wspólnego z miłością chrześcijańską.
    I dlatego sądzę, że jak dowcip z „Cyrku Monthy Pytona” brzmi codzienne przywitanie: „Tu Radio Maryja – katolicki głos w naszych domach!”.   
   Podczas rocznicowej mszy Rydzyjka w kościele św. Józefa na toruńskich Bielanach ojciec dyrektor wprawdzie przemawiał „tylko” do piętnastu tysięcy fanów Radia Maryja, ale swe wystąpienie kierował przede wszystkim do polskich biskupów (kilku z nich było obecnych na mszy wiecu, m.in. bp Stanisław Stefanek, ordynariusz łomżyński, który wygłosił homilię, waląc w postkomunę jak w bęben).
    Jednakże gwoździem owego Geburts-Partei-Tagu było exposé o. Rydzyka: „Księża biskupi, tak się pytam, przy was chciałbym zapytać wszystkich, czy chcecie tego, żeby było was widać, a nie tylko słychać, chcecie?”. Odpowiedział mu ryk kilkunastu tysięcy gardeł: „Chceeeeemy! Niech żyje ojciec Rydzyk! Sto lat!”. Później Rydzyk informuje zebranych, że to ostatni etap, bowiem złożono już dokument o powołanie telewizji „Trwam” i potrzeba, jak mówi ojdyr, „tylko jednego podpisu, aby wszystko ruszyło”.
    I rzeczywiście: dokument złożono w pierwszy dzień weekendu, w ostatnich minutach pracy KRRiTV. Na wieść o tym znów ryk radości członków sekty Rydzyka. Huczy muzyka defilujących zespołów pieśni i tańca w strojach regionalnych, w tym „Śląsk”. Palą się reflektory. Brakuje tylko płonących pochodni, sztandarów, fanfar i werbli. A potem upojona sukcesem swego wodza falanga narodowomaryjowców przebija się przez ulicę radia redemptorystów zablokowaną samochodami oficjeli i rusza na Toruń z okrzykami i transparentami „Ojcze Tadeuszu, Polska potrzebuje takich wodzów!”… 
(ciąg dalszy nastąpi)

piątek, 24 grudnia 2010

Ale jaja!

Z facebooka wyleciałem tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2010 roku. A po niecałych dwóch miesiącach na tym portalu miałem ponad 2 tysiące znajomych, cudownych ludzi, którzy często zabierali głos w mądrych i dowcipnych komentarzach do moich postów.
Nie mam zamiaru tam wracać, dopóki tam nie zostaną przykręcone filtry kościelnych oszołomów i nie przywróci się konstytucyjnej wolności słowa i wyznania. Czyli nigdy!
Od siebie dodam: uważajcie! Facebook jest inwigilowany przez wiadome służby (co rozumiem), również i kościelne (czego nie rozumiem). Ale czarna stonka pcha się we wszystkie dziedziny naszego życia. Oni wiedzą lepiej, co jest dla nas dobre.
Spora część fejsbukowców uważa, że do adminów „fb” uwalił mnie niejaki Konrad Lewandowski z Częstochowy (dobra szkoła o. Rydzyka). On już wyczyścił swoją tablicę, info i zlikwidował swoje zdjęcie, bowiem prawie wszyscy wycofywali się na znak protestu z grona jego znajomych. Zarejestrował się ponownie jako Konrad Tomasz Lewandowski już nie z Częstochowy, ale z Warszawy. Ale już przezornie nie otworzył opcja „znajomi”.  Jest nadal brodaty, brzuchaty i w tej samej niebieskiej koszuli w kratę, której chyba nie zmienia od lat.

***

Z ludźmi Kościoła miałem częste zatargi. W 2006 roku napisałem felieton pod tytułem „Ojcowie Chucka Norrisa”. Podczas całej mojej pisarskiej i publicystycznej twórczości napisałem 41 książek – powieści, prac historycznych i traktatów historiozoficznych, opublikowałem także około tysiąca artykułów, esejów, recenzji i felietonów, ale ten felieton jest znamienny, bowiem przez niego trafiłem do... TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO. Mało tego, na ten temat wypowiedział się również PROKURATOR GENERALNY, jak również MARSZAŁEK SEJMU (wówczas Bronisław Komorowski, dzisiejszy prezydent). Dlaczego?
            Ojcowie Pallotyni z Poznania, a dokładnie jeden ojciec, świątobliwy Piotr Hubert Jankowski, rozłościł się na mnie i uznał wrażliwiec, że „Ojcami Chucka Norrisa” poniżyłem ich zakon w opinii publicznej i skierował sprawę (karną!) do sądu. O mojej książce „Mordercy w habitach – czyli krwawa historia chrześcijańskich zakonów” bezdzietny (chyba?) ojciec Piotr Jankowski nic nie pisał, chociaż, jak dla mnie, tkwi ona w jego podświadomości jak drzazga w dupie.
            Wiadomo, że do zakonów idą chłopaki z tak zwanego powołania, albo jak mówiła moja babcia Petronela  
            – U nas na wsi to na księdza szły te z powołania, albo dla łatwego życia, albo te nieudaczniki co mają wstręt do bab i wolą chłopów!
            A potem urastają im pióra. W Polsce stają się świętymi krowami. Są Funkcjonariuszami Pana Boga i nikt nie ma prawa ich osądzać, a ja sobie na to pozwoliłem. Zgroza!
            Przedstawiam zatem biuro turystyczne (pielgrzymkowe) owego zakonu, który się zwie (podaję pełną nazwę): Apostolos, Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego – Księży Pallotynów – Prowincji Zwiastowania Pańskiego.
            Sąd Rejonowy dla Łodzi–Śródmieścia dnia 19 sierpnia 2006 roku, odmówił wszczęcia postępowania sądowego, ale dzielni Pallotyni, czyli dokładnie tenże zakonny Piotr Jankowski, szybko uzupełnili załączniki do pozwu i do sprawy powrócili.
Jednakże Sąd Rejonowy w Łodzi (Sygn. akt VIK 671/06), pod przewodnictwem Joanny Klasztornej–Lenart, uznał 27 listopada 2006 roku, że mój felieton nie zawiera znamion czynu zabronionego i jak czytamy w postanowieniu, to ja piszę prawdę (cytuję): „Podkreślić należy, że faktem powszechnie znanym jest prowadzenie przez Księży Pallotynów działalności polegającej na organizowaniu wyjazdów o charakterze turystycznym. Świadczy o tym także strona internetowa zawierająca szeroki zakres propozycji wyjazdów zagranicznych, jak również katalogi załączone na posiedzeniu przez pełnomocnika oskarżyciela prywatnego. Wskazana działalność została opisana w artykule  a przedstawiony zaś sposób spędzania czasu odnosi się do osób korzystających z wyjazdów. Działalność zawodowa dziennikarza może go łatwo narazić na zarzut, iż dopuścił się znieważenia opisanego w art. 212 k.k. Jednakże należy pamiętać, że język użyty przez autora mieścić się może w konwencji artykułu”.
            I postępowanie umorzono. Należy się podziękowanie za rozsądek pani sędziny, która znalazła się w oparach absurdu stworzonych przez zakonnego Piotra Huberta Jankowskiego.
            Zakonnikowi H.P. Jankowskiemu wystąpiła piana na usta. Jak to, osobom wielebnym nie idzie się na rękę, nie uwzględnia się ich pobożnego pozwu?! Skandal! Przecież tatko Tadek Rydzyk z Torunia zawsze ma to, co chce, a my nie! I odwołali się!
            Sąd w Łodzi nie podjął gry proponowanej przez zadziornego ojczulka i piórem asesora SR Przemysława Domagały z dnia 5 marca 2007 roku, skierował zapytania w tej sprawie aż do... TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO! Serio!
            Ale ja Domagałę rozumiem. On wie, że żyjemy w państwie wyznaniowym. W kraju katolibów. Może to jeszcze nie jest Iran, Afganistan, ale tak na wszelki wypadek niech się wypowie Trybunał Konstytucyjny w sprawie felietoniku na jedną stronę komputeropisu.
            I tak moja sprawa znalazła się przed Trybunałem Konstytucyjnym, Sejmem Rzeczypospolitej Polskiej oraz Prokuratorem Generalnym za felieton, który zawiera prawdę o zakonnym biurze turystycznym! Powtarzam: PRAWDĘ!
            Takie są gry i zabawy polskich duchownych. I tych z powołania i tych, co o nich mówiła moja babcia Petronela.
            1 grudnia 2009 roku Sąd Rejonowy dla Łodzi Śródmieścia w Łodzi, Wydział VI pod przewodnictwem pani Elizy Królikowskiej postanowił podjęcie zawieszonego postępowania.
             I tak znaleźliśmy się, dzięki Pallotynom w osobie P.H. Jankowskiego, ponownie w OPARACH ABSURDU!
        O właśnie, piszę o felietonie „Ojcowie Chucka Norrisa”, ale przecież większość z Was nie wie, o co chodzi. Cytuję więc cały felieton poniżej, ale proszę się nie chichrać, bo obrazicie funkcjonariuszy Pana Boga, a szczególnie świątobliwego ojca dyrektora P.H. Jankowskiego.

Ojcowie Chucka Norrisa
       
        Klasycznym literackim fetyszem jest futro. Uczynił je sławnym Leopold von Macher–Masoch (od jego nazwiska pochodzi słowo „masochizm”) w książce „Wenus w futrze”. Fetyszem mogą być pończochy, szpilki, piersi, pośladki, stopy. A co jest fetyszem dla pallotynów? Dla nich obiektem pożądania jest wyłącznie szmal, mamona i pełna szkatuła.
        Jak wielebni ojczulkowie nabijają kabzę swojego zakonu?
        Normalnie.
        Niebawem rozpocznie się sezon urlopowo–wakacyjny. Biura podróży prześcigają się w ofertach. Do akcji wkraczają również zakonnicy, którzy doskonale wiedzą, jak kosić szmal na zagranicznej turystyce. Księżowskie biuro turystyczne nazywa się bardzo świątobliwie, choć ciut przydługo: Duszpasterstwo Pielgrzymkowe Księży Pallotynów „APOSTOLOS”, a nadzorem nad wypasem dusz zajmuje się Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego – Prowincja Zwiastowania Pańskiego.
         I cóż nam zwiastuje Pan za pośrednictwem przedsiębiorczych wielebnych?
        Otóż, jak sami piszą w reklamowych folderach: „Jedną z form naszej pracy apostolskiej i pogłębienia wiary wśród wszystkich ludzi jest duszpasterstwo pielgrzymkowe. Ma ono na celu pomóc w przeżyciu doświadczenia Boga. Czynimy to poprzez kontakt
z miejscami świętymi, modlitwę, Mszę św., spotkanie z duszpasterzem”.
        No i organizują pielgrzymki (czytaj: wypasy urlopowe) do takich „świętych miejsc” jak Wyspy Kanaryjskie, Meksyk, Tajlandia, Kuba, USA, Argentyna, Urugwaj, Tunezja, Cypr, Jordania, Irlandia, Syria, Egipt, Brazylia itd., itp. Możesz z wielebnymi pojechać nawet do Kenii i na Hawaje.
        Niezłe, co?
        Czacha pęka, mózg paruje, oczy zachodzą w ciążę.
        A wszystko jest sankcjonowane Panem Bogiem. Każdy podróżny przed wylotem np. na safari albo do Tajlandii dostaje ulotkę z modlitwą: „Wszechmogący, Wieczny Boże, otaczaj nas, podróżujących, Swoją opieką, abyśmy za Twoim przewodnictwem pod opieką Matki Najświętszej i św. Rafała Archanioła pomyślnie dotarli do celu i szczęśliwie wrócili do naszych domów. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen”.
        No i co?
        Jest podbudowa ideologiczna dla turystycznego biznesu?
        Jest.
        A potem ulotka do kosza i opalanko, pływanko i cudne dymanko, szczególnie w Bangkoku, raju turystycznego seksu. Ludzie, są drzwi i parapety, szklanki i filiżanki, stołki i taborety, ale doprawdy można dostać kociej mordy, oglądając działalność wielebnych. Ich biuro turystyczne kosi rocznie kilkadziesiąt milionów złociszów do zakonnej kasy.
        Uff! Są lepsi niż legendarny Chuck Norris.
        Chcesz być bratem Chucka Norrisa, to mów do nich ojcze!
        Ci funkcjonariusze Pana Boga są w stanie sprzedać lodówkę Eskimosom, futro polarnym niedźwiedziom, Lepperowi części zamienne do miski, a na samą myśl o tym, jaki łeb do biznesu mają Rydzykowi współbracia, kiszki mi się śmieją.
        Pallotyni mają takie zdolności analityczno–biznesowe, że – podobnie jak Chuck Norris – pijąc kawę z mlekiem, mogą wypić mleko, a kawę zostawić. W swej działalności przerzucają się z jednej przepaści do drugiej i zawsze po drodze zdążą wpaść do banku.
        A przy tym tak cudnie prawią o niebie, że chce mi się powiedzieć: chłopaki, niebo zostawcie lotnikom!”

        ***

22 stycznia 2010 odbywa się rozprawa z Pallotynami w sądzie karnym. Sędzia Eliza Królikowska nie ugina się przed „Facetami w czerni”, nie obcyngala i na podstawie jakiegoś tam artykułu postępowanie zostaje umorzone, a zakonni obciążeni kosztami procesu. Nie przesadzam, ale to, co trwało pięć lat, wypowiadał się na ten temat prokurator generalny, marszałek sejmu i trybunał konstytucyjny, sędzia Królikowska załatwiła błyskawicznie.
            Jest to jedyne sensowne rozwiązanie, aby pozbyć się tego oszołomstwa, tych świętych krów, co to po założeniu czarnej sukienki uważają, że są nietykalne.