poniedziałek, 27 czerwca 2011

POLOWANIE NA CZAROWNICE część trzecia


Zainteresowanych moimi książkami o tematyce historiozoficznej, religijnej, antyklerykalnej - informuję, że wystarczy kliknąć w link "KSIĄŻKI ANDRZEJA RODANA - OFICJALNY DYSTRYBUTOR" znajdujący się pod tytułem bloga, aby zapoznać się z tytułami i tematyką poszczególnych prac.
             
              To właśnie tortury powodowały, że ludzie przyznawali się do wszystkich czynów, o które byli oskarżani, jak również podawali nazwiska innych „czarowników”.  
              Najczęściej tortury były trojakiego rodzaju: na sznurze wieszano obnażonego człowieka ze stukilogramowymi ciężarami u nóg, dźwigano go po bloku w górę, a potem nagle spuszczano, aż kości wychodziły ze stawów i pękały.
   Drugi rodzaj polegał na tym, że skrępowanego linami lub łańcuchami oskarżonego przywiązywano do specjalnej ławy i przy pomocy korby zaciskano powrozy, aż wrzynały się w ciało do samej kości. Nie koniec na tym. W usta wkładano mu kawałek cienkiego lnu i wlewano w gardło wodę, która przez materiał sączyła się wolno, stopniowo zalewając krtań i płuca.
   Trzecim wreszcie rodzajem była tortura ognia. Nagiego więźnia sadzano skrępowanego na krześle, ciało smarowano mu tłuszczem, a stopy wkładano do żelaznego naczynia z żarzącymi się węglami. Również podobną metodę stosowano przy pomocy koła, do którego przywiązywano oskarżonego. Koło z ciałem obracało się tuż nad płonącym żarem.
   Często też używano próby wody, czyli tzw. Sąd Boży. „Winowajcę” wrzucano do wody, jeżeli utonął – był winny. Jeśli nie utonął... też był winny, bo pomogły mu siły nieczyste. I wtedy palono go na stosie. Ordalia, czyli „sąd Boży” aż do XVIII wieku ze swą próbą wody, stanowiły ważne postępowanie śledcze w tym nieludzkim systemie prawnym stworzonym przez Kościół.

Inna tortura wodna polegała na tym, że ofiarę przywiązywano do pochyłego stołu na kozłach, żeby głowa znajdowała się niżej od stóp. Szczęki ofiary szeroko otwierano przy pomocy kawałka żelaza, na ustach kładziono płótno i lano wodę. Ofiara krztusiła się, połykała wodę, a przy okazji wciągała płótno do przełyku, była na wpół uduszona.    

Oskarżony oczekiwał na proces siedząc w ciemnym lochu przykuty łańcuchami do murów. Końcowym stadium był wyrok. Prawie wszystkie orzeczenie sądów były jednoznaczne: kara śmierci. Wyroki uniewinniające to jeden na kilka tysięcy orzeczeń. Egzekucje odbywały się publicznie, przeważnie w dni świąteczne, w obecności tłumów spragnionych rozrywki, na tzw. Auto da-fé, czyli „publicznym wyznaniu wiary”. Niekiedy za jednym zamachem szło na stos kilkaset skazanych na śmierć.

   Holenderski kaznodzieja Johannes Grevius (patrz: Ráth-Végh) w książce Tribunal reformatum (1622) opisuje również i inne metody tortur, jak na przykład: wlewanie w usta ofiary moczu; wystawianie nago na pastwę ukąszeń pszczół; wprowadzanie do otwartych ran octu, soli i pieprzu; wlewanie do nosa roztworu siarki, przypiekanie poszczególnych ran, lub zamykanie ofiary w żelaznej komorze, którą pierwej tak rozgrzewano, że prawie topniała.
Szesnastowieczny prawnik, Hipolit de Marsiliis, opisał inne, poza oficjalnymi, metody tortur. Na przykład ofierze wlewano do nosa roztwór z niegaszonego wapna i wody. Tenże Hipolit wynalazł także efektywną formę tortur nie powodującą obrażeń fizycznych, a mianowicie: bezsenność. Straż nie pozwalała zasnąć skazańcowi, zmuszała go do chodzenia dzień i noc, aż padał z wyczerpania i było gotowy do składania zeznań.
Tę torturę udoskonalił francuski prawnik, Jean de Graves: przez przekłute nozdrza ofiary przewlekano nasączoną smołą nić, którą co jakiś czas pociągano, aby nie dać zasnąć.
W „Młocie na czarownice” podaje się szczegółowe instrukcje tak zwanego wstępnego przesłuchania:
„Najpierw dozorcy więzienni przygotowują narzędzia, po czym rozbierają więźnia (jeśli jest to kobieta, zostaje uprzednio obnażona przez inne kobiety, znane z prawości i dobrej reputacji). Obnażenie jest niezbędne, albowiem w ubraniu mogą być zaszyte amulety, jakie czarownice często sobie sporządzają, za namową diabła, z nieochrzczonych niemowląt. Gdy narzędzia tortur są już przygotowane, sędzia – osobiście oraz poprzez innych, zacnych i gorliwych w wierze ludzi – usiłuje przekonać więźnia do dobrowolnego wyjawienia prawdy. Jeśli spotyka się z odmową, nakazuje pomocnikom przygotować więźnia do strappado lub innej katuszy. Ci wykonują polecenie bezwłocznie, jednak gorliwość ta jest nieco udawana. Następnie, przy modlitwie obecnych osób, uwalnia się więźnia, odprowadza na bok i ponownie nakłania go do składania zeznań, dając do zrozumienia, iż tym sposobem może ocalić swoje życie [...]. Jeśli jednak żadne prośby ni groźby nie są w stanie skłonić oskarżonego do wyjawienia prawdy, wtenczas strażnicy muszą przystąpić do działań i poddać go torturom według przyjętych metod...”.
Na czym polegała, wspomniana w tekście metoda strappado?
Tortura ta polegała na tym, że człowiekowi wiązano liną ramiona z tyłu pleców, a następnie za pomocą krążka przymocowanego do stropu, wieszano go. Tortura posiadała, aż pięć stopni, których surowość wzrastała, kiedy oskarżony nie przyznawał się do winy. W pierwszym stopniu zastraszano tylko podejrzanego możliwością użycia strappado, w drugim, ofiara była wieszana na krótki czas. Trzeci stopień wiązał się z zawieszeniem w powietrzu na dłuższy czas, lecz nadal nie stosowano wobec niego pociągnięć i szarpnięć, te zaczynały się dopiero wraz z czwartym, kiedy ofiara nie odpowiadała na pytania zgodnie z oczekiwaniami przesłuchujących. W ostatnim piątym stopniu, do nóg przyczepiano ciężarki, co przeważnie powodowało pęknięcie kości, a nawet urwanie kończyn.
Jednakże tortury przynosiły spodziewane efekty. Na przykład w roku 1597, 69-letnia  Klara Geissler z Gelnhausen (Niemcy) wytrzymała wprawdzie torturę imadła miażdżącego kciuki, ale następnie, jak podaje protokół:
„[...] gdy zgnieciono jej stopy i rozciągnięto niemiłosiernie ciało, krzyczała żałośnie i wyznała, że faktycznie piła krew dzieci, które porwała podczas nocnych lotów i że zamordowała około 60 niemowląt. Podała nazwiska innych 20 kobiet uczestniczących razem z nią w sabatach, i powiedziała, że lotom i ucztom z szatanem przewodniczyła żona byłego burmistrza”.
Frau Geissler została spalona żywcem, łącznie z żoną burmistrza i innymi wspólniczkami.
Brian Innes podaje inne, udoskonalone, metody torturowania, jak na przykład tak zwane krosno, którego podstawową funkcją było przywiązywanie dłoni ofiary do ramy, a ciało rozciągano stopniowo, przy pomocy sznurów krępujących nogi. Początkowo ofiara stawiała opór dzięki mięśniom ramion, nóg i brzucha, jednak po pewnym czasie mięśnie poddawały się – najpierw ramion, potem nóg – dochodziło bowiem do zerwania wiązadeł, a następnie włókien. Dalsze rozciąganie powodowało rozerwanie mięśni brzucha, a kolejna faza kończyła się wyrwaniem kończyn ze stawów.
We Francji krosno miało nazwę chevalet (źrebak), w Niemczech Folter (rama), w Hiszpanii escalera (drabina).
Nie wszyscy inkwizytorzy byli jednak zadowoleni z działania krosna.
I tak na przykład Francesco-Maria Guazzo napisał w swej książce Compendium Maleficarum (1608): „Pewna 50-letnia kobieta wytrzymała polewanie całego ciała wrzącym tłuszczem oraz okrutne naciąganie wszystkich kończyn, niczego zupełnie nie czując. Zdjęto ją z krosna całą i nienaruszoną, nie licząc urwanego wielkiego palca u nogi, co ją zresztą ani bolało, ani przeszkadzało. Po przejściu wszystkich katusz i upartym zaprzeczaniu wszelkim zbrodniom poderżnęła sobie gardło w więzieniu. Tak więc szatan najpierw oskarżył ją o czary ustami opętanej kobiety, a następnie zabił”.
Zakonnicy, ale także i księża pełnili funkcję nie tylko inkwizytorów, sędziów, ale i także i katów. Dla większości owych potworów w sutannach i dewiantów, torturowanie, palenie ofiar sprawiało sadystyczną przyjemność.
„Palce krępowano im niezwykle mocno sznurem, a potem oddzielano je od siebie poprzez wbijanie żelaznych i drewnianych klinów. Innym wiązano nogi i wieszano na drewnianej belce głową w dół, po czym bito ich w podeszwy stóp aż odpadały paznokcie. Następnie bito ich po głowie, aż krew tryskała z ust, nosa i uszu. Byli także chłostani po gołym ciele bambusową trzciną, kolczastymi gałęziami, a nade wszystko trującym zielskiem o silnie żrących właściwościach, które parzyło przy najmniejszym dotyku.
Potwór w sutannie, z którego rozkazu popełniano te okrucieństwa, potrafił łamać zarówno ludzkie ciało jak i ducha. Często kazał ojca i syna, rozebranych do naga, wiązać razem za stopy i ramiona, a potem chłostać, aż skóra odchodziła od ciała całymi płatami. Ten ksiądz odczuwał szatańską satysfakcję, wiedząc, że każde uderzenie musi także sprawiać psychiczny ból, albowiem gdy omijało ono syna, ten miał gorzką świadomość, że dosięga jego ojca; podobnie cierpiał ojciec, gdy razy, zamiast na niego, spadały na syna. W końcu obaj i tak umierali.
 Ciąg dalszy nastąpi



niedziela, 19 czerwca 2011

POLOWANIE NA CZAROWNICE część druga


Zainteresowanych moimi książkami o tematyce historiozoficznej, religijnej, antyklerykalnej - informuję, że wystarczy kliknąć w link "KSIĄŻKI ANDRZEJA RODANA - OFICJALNY DYSTRYBUTOR" znajdujący się pod tytułem bloga, aby zapoznać się z tytułami i tematyką poszczególnych prac.
Od wydawnictwa: Przez pewien czas kościelni hakerzy dobrali się do księgarni i nie otrzymywaliśmy zamówień, ale już usunęliśmy ich przepełnione miłością „chrześcijańską” działania. Niemniej prosimy wszystkich, którzy nie dostali książek o ponowne zamówienie. Link księgarni już działa!
              
Autorzy „Młota na czarownice” już w przedmowie atakują duchowieństwo i władze świeckie, jakby przypuszczali, że z tej strony mogą natrafić na jakieś opory: „Zdarzają się bowiem tacy duszpasterze i kaznodzieje, którzy nie wahają się twierdzić i zapewniać publicznie, że czarownice nie istnieją albo że nie uprawiają one żadnych praktyk mogących wyrządzić szkodę żywym stworzeniom, a skutek tego jest taki, że te lekkomyślne stwierdzenia pozbawiają czasem ramię świeckie podstawy do ukarania czarownic”.
W ten sposób wyciszyli jakiekolwiek głosy protestu. I odtąd prawie wszyscy organizowali procesy czarownic zgodnie z wytycznymi znajdującymi się w „Młocie na czarownice”, bowiem obawiano się, że mogą być również posądzeni o przymierze z arcypotężnym władcą ciemności.
  Były oczywiście i wcześniejsze podręczniki do walki ze sługami szatana. Autorami najstarszego „podręcznika”, pisanego w latach 1244-1254, byli czterej dominikanie: Bernard de Caux, Piotr Durand, Wilhelm Raymond i Jan de San Pierre. Najbardziej wzorcowym i powszechnie stosowanym w walce z herezją (póki nie powstał „Młot na czarownice”) była praca inkwizytora Tuluzy Bernarda Gui (Guidonis) Practica Inquisitionis heretice pravitatis, napisana w 1320 roku. Spośród prac przydatnych inkwizytorom można jeszcze wymienić kolekcję Decretales spisanych w roku 1230 przez Rajmunda de Peñafort na rozkaz Grzegorza IX.
Nicolás Eymerich, generalny inkwizytor Aragonii, napisał w 1376 roku dużą objętościowo książkę Directorium Inquisitorum (Wskazania dla inkwizytorów). Książkę tę w roku 1578 zaktualizował Francisco Peña. Mimo że dzieło owe zawierało w zasadzie wszystkie teoretyczne i praktyczne problemy, z jakimi musiał borykać się inkwizytor, Peña nie do końca był zadowolony ze swojej pracy. Postanowił więc samemu napisać bardziej przydatny i nowoczesny poradnik. I tak powstał Praxis inquisitorum (Praktyczny przewodnik dla inkwizytorów).
Nicolas Jaquier, inkwizytor na Francję, w swojej książce (1458) Flagellum haereticorum fascinariorum (Bicz heretyckich związków) obwinia również duchownych, zwłaszcza tych, którzy twierdzili, że wszystkie oskarżenia oparte są na urojeniach: „Do sekty czy synagogi tych czarowników zgłaszają się nie tylko kobiety, lecz również mężczyźni, a co gorsza nawet księża i zakonnicy, którzy zaparłszy się Boga składają owym demonom ofiary, wznoszą do nich modły i całują ich na znak czci jako swoich panów i mistrzów”.
Doktor Martinus Antonius Delrio (Del Rio), jezuita, był autorem w Disquisitionum magicarum libri VI. W swych badaniach nad czarownictwem głosił, że sędzia, który nie wydaje wyroku śmierci na czarownicę przyznającą się do winy, popełnia grzech śmiertelny, że każdy, kto głosuje przeciw wyrokowi śmierci, sam zdradza swą ukrytą współwinę; że ten, kto głosi, iż poświadczone relacje o czarownicach polegają jakoby na omanieniu i urojeniach, sam ściąga na siebie podejrzenie, iż jest czarownikiem (Baschwitz).
Bernardo Rastegno napisał pod koniec XV wieku dwa podręczniki dla inkwizytorów: Lanterne inquisiteurs (Latarnia inkwizytorów) i Traité des sorciéres (Traktat o czarownicach).
Nicolas Remi (Remy), prokurator generalny Lotaryngii, w 1595 roku publikuje w Lyonie dzieło pod tytułem Daemonolatria (Służba diabelska).
Opat Trithemius (Johann Heidenberg) z klasztoru w Würzburgu (poprzednio opat klasztoru benedyktyńskiego w Sponheim) domaga się w swej Antipalus maleficiorum (Przeciwnik czarów) wydanej w 1508 roku zaostrzenia prześladowania czarownic, zdecydowanego skazywania ich na stos, bowiem: „Czarownicy to wstrętni ludzie, a zwłaszcza kobiety pośród nich; wyrządzają one rodzajowi ludzkiemu nieobliczalne szkody uciekając się do pomocy złych duchów i czarodziejskich napojów. Najczęściej przyprawiają ludzi o opętanie rzucając ich na pastwę demonów, które ich dręczą wśród nieopisanych katuszy... Co więcej, obcują one nawet cieleśnie z demonami. Niestety, liczba takich czarownic jest ogromna. W każdej połaci kraju i nawet w najmniejszej wiosce znaleźć można czarownicę. Przez złośliwość tych kobiet umierają ludzie i bydło, a nikt nie pomyśli o tym, że dzieje się to przez te wiedźmy. Wielu ludzi nękają najsroższe choroby, i nie zdają oni sobie nawet sprawy, że są w mocy czarów...”
Jean Bodin, dominikanin, w swej Démonomanii (1580) usprawiedliwia stosowanie okrutnych tortur twierdząc, że w przypadku procesów czarownic „nie można odwoływać się do powszechnych reguł postępowania sądowego, jako że dowody na takie zło są tak niejasne i trudne do ustalenia, że żadna z miliona czarownic nie zostałaby nigdy osądzona ani ukarana, jeśli stosowano by się do zwykłych procedur prawnych”.
Jednakże to nie te, i inne książki poświęcone diabłu i jego wyznawcom, ale właśnie „Młot na czarownice”, przeniknięty duchem zaciekłego fanatyzmu i okrucieństwa, nadal był przez wieki „najdoskonalszym” teoretycznym i praktycznym orężem wojny z szatanem, najbardziej autorytatywnym dziełem „naukowym” Kościoła.
Ciąg dalszy nastąpi

poniedziałek, 16 maja 2011

POLOWANIE NA CZAROWNICE część pierwsza


Zainteresowanych moimi książkami o tematyce historiozoficznej, religijnej, antyklerykalnej - informuję, że wystarczy kliknąć w link "KSIĄŻKI ANDRZEJA RODANA - OFICJALNY DYSTRYBUTOR" znajdujący się pod tytułem bloga, aby zapoznać się z tytułami i tematyką poszczególnych prac.
             Już płonęły stosy i już przygotowywano ideologiczne uzasadnienie do zbrodni na ludzkości w imię Boga i religijnej czystości. Natychmiast stworzono teoretyczne podstawy obrony wiary, a był to trzyczęściowy traktat Malleus Maleficarum (Młot na czarownice) napisany, wspomnianych już wcześniej, przez dwóch dominikańskich inkwizytorów.
Pierwszy z nich, Heinrich Kramer - Henry Institoris (ur. ok. 1430 roku - zm. ok. 1505 r.) pochodził z Schlettstadt w Alzacji. Tam wstąpił też do zakonu dominikanów i przez wiele lat ścigał i palił na stosach wszelkiej maści heretyków i czarowników, działając na terenach Alzacji, Nadrenii, Bawarii, Czech i Moraw. Zaginął (najprawdopodobniej został zabity przez chłopów) w trakcie jednego z objazdowych śledztw inkwizytorskich, między Ołomuńcem a Brnem.
Drugi z nich, Jacob Sprenger (ur. 1436 – zm. 1496) pochodził z okolic Bazylei i również wstąpił do zakonu Świętego Dominika. Był profesorem na wydziale teologicznym uniwersytetu w Kolonii, piastował również wysokie i odpowiedzialne funkcje w hierarchii zakonnej. Jego autorytet intelektualny i religijny był gwarantem prawdy zawartej w „Młocie na czarownice”.
Tekst ten został po raz pierwszy opublikowany w 1487 i stał się znany jako najlepszy podręcznik łowców czarownic od XV do XVII wieku. Był uważany za podstawowe kompendium wiedzy o czarostwie, czarownicach i ich związkach z Szatanem. Książka ta dostarczała (łowcom czarownic, inkwizytorom, sędziom) argumentów do odpierania zarzutów wysuwanych przeciw ich obłędnym ideom. Jednocześnie dawała dokładne wskazówki jak należy sprawnie przeprowadzić proces czarownic.
W Polsce tłumaczenia tej książki dokonał w 1614 roku Stanisław Ząbkowic. Jej pełny polski tytuł: „MŁOT NA CZAROWNICE - Postępek zwierzchowny w czarach, a także sposób uchronienia się ich, i lekarstwo na nie w dwóch częściach zamykający. Księga wiadomości ludzkiej nie tylko godna i potrzebna ale i z nauką Kościoła powszechnego zgadzająca się. Z pism Jakuba Sprengera i Henryka Instytora zakonu Dominikanów i Teologów w Niemieckiej Ziemi Inquizytorów po większej części wybrana i na polski przełożona przez Stanisława Ząbkowica Sekretarza Xięcia Jego Mości Ostroskiego, Kasztelana Krakowskiego. W Krakowie, w Drukarni Szymona Kempiniego, Roku Pańskiego 1614”.
O „Młocie na czarownice” tak pisał Rossel Hope Robbins w dziele Encyklopedia czarnoksięstwa i demonologii:
„Jest to bez wątpienia najdonioślejsze i najbardziej złowieszcze dzieło na temat demonologii, jakie kiedykolwiek napisano. Stanowi kwintesencję nieludzko surowego kodeksu poprzez połączenie dawnej wiedzy o czarnej magii z kościelnym dogmatem na temat herezji, przez co, jak żadna inna praca, stało się zaczynem inkwizycyjnej histerii. Z całą mocą wprowadza biblijny nakaz z Księgi Wyjścia (XXII, 18): „Czarownicy żyć nie dopuścisz”.
I rzeczywiście jest to najbardziej przerażająca książka w dziejach piśmiennictwa europejskiego, przesycona chorobliwą nienawiścią do kobiet oraz rojeniami chorej wyobraźni! Kościół stworzył w ten sposób obłędny system, sprzeczny z prawem i zdrowym rozsądkiem, a który przecież egzystował przez stulecia.
Dominikanie-inkwizytorzy najwięcej miejsca poświęcają kobietom, które ich zdaniem są najbardziej podatne na diabelskie opętanie, a w ich roztrząsaniach (niby teologicznych) kwestie seksualne wysuwają się na plan pierwszy.
 Przyczyny większego rozpowszechnienia się czarostwa wśród kobiet tak są określane: „Najprzód, kobiety mają większą skłonność do wiary, więc demon, starający się głównie zepsuć wiarę, z większą łatwością znajduje do nich przystęp i je atakuje. Po drugie, z racji samej natury swej kompleksji nerwowej [propter fluxibilatatem complexionis] łatwiej przyjmują wpływy idące od oddzielnych duchów.  Po trzecie, języki mają lubieżne i nie potrafią wobec innych, podobnych sobie kobiet, utrzymać w sekrecie wszeteczności, jakich się wyuczyły, a gdy nie mają dość sił, by się zemścić, próbują zemstę urzeczywistnić drogą czarów. Kobieta, istota zła z natury, szybko wpada w wątpliwości co do wiary i wnet się jej odrzeka, w czym też jest fundament szkodliwych czarów. Co zaś się tyczy drugiej władzy duszy, tj. woli, kobieta, ogarnięta nienawiścią do kogoś, kogo pierwej kochała, płonie gniewem i niecierpliwością, miota się i pieni jak rozszalałe morze. Koniec końców wszystko zależy od pożądliwości cielesnej, która u kobiet jest nienasycona... stąd wdają się w konszachty z demonami, aby zaspokoić swą chuć”.
Skąd wzięła się ta zoologiczna nienawiść do kobiet?
Uzasadnienie było. Przecież to właśnie Ewa uległa szatanowi i skłoniła Adama do grzechu śmiertelnego. Poza tym uważano, zupełnie serio, że kobieta powstała z żebra, a żebro jest krzywe. Co to oznacza? Że psychika kobiety też jest skrzywiona! 
A tak na marginesie: tylko raz na świecie zdarzyło się, że kobieta została zrodzona z mężczyzny. Od tej pory mężczyźni rodzą się z kobiety.
Twórcami teologicznego antyfeminizmu byli Ojcowie Kościoła, którzy nazywali każdą kobietę (czy własne matki również?) tworem poronionym, umysłowo upośledzonym, głuchoniemym, budowali moralną i fizyczną przewagę mężczyzny nad nieczystą kobietą, która już od początku stworzenia pierwszych ludzi na świecie - ucieleśnia grzech.
Orygenes (185-254) - największy teolog pierwszych trzech wieków (we wstręcie do własnej cielesności posunął się dość daleko. W wieku osiemnastu lat kazał się... wykastrować) -  nazywa kobietę córką szatana.
Święty Odo (878-942) uważa kobietę za naczynie z nieczystościami. Ojciec Kościoła, Tertulian (ok. 160-ok. 230) porównuje kobietę do bramy
przez którą przechodzi diabeł. Tertulian nawet małżeństwo uważa za nierząd, a więc najlepiej, aby w ogóle nie dotykać kobiety. Ów Nauczyciel Kościoła był tak przekonany, co do swojej tezy, że aby nie być narażonym na pokusy obciął sobie... genitalia.
Z kolei św. Tomasz z Akwinu (1225-1274) wyraźnie stwierdza wyższość mężczyzny nad kobietą, porównuje ich jako rzecz doskonałą do rzeczy niedoskonałej i ułomnej, kobietę nazywa „chybionym samczykiem”. Francuski biskup, Marbod z Rennes (1035-1123) uważa, że pod pojęciem nierządnicy należy podpiąć cały rodzaj niewieści.
Święty Hieronim (ok. 347-420) starał się przebić wszystkich Nauczycieli Kościoła i opracował taki program wychowawczy dla młodych rzymskich dziewcząt: „Muzyka jest zakazana; dziecko nie powinno nawet wiedzieć, do czego służą flety, liry i cytry. Czytania winno się nauczyć na podstawie imion apostołów oraz drzewa genealogicznego Chrystusa (Mt. 1, Łk. 3). Nie powinno mieć ładnych i zadbanych towarzyszek zabaw, a jedynie poważną, bladą i niechlujną starą pannę, która nocą każe mu wstać na modlitwę i śpiewanie psalmów, a za dnia będzie z nim ćwiczyć odmawianie godzinek. Ma nie zaznawać kąpieli, gdyż ranią one uczucie wstydu młodego dziewczęcia, które nigdy nie powinno widzieć się rozebrane. Najlepiej będzie, jeśli dziecko, gdy tylko zostanie odzwyczajone od piersi, możliwie szybko zostanie zabrane przez matkę z grzesznego Rzymu i przywiezione do Betlejem; tam będzie wychowywane w żeńskim klasztorze, gdzie nie ujrzy mężczyzn, a nawet się nie dowie, że istnieje inna płeć. Wtedy również matka zostanie uwolniona od troski o dziecko i będzie się mogła bez przeszkód poświęcić życiu ascetycznemu”.
Nienawiść Hieronima do kobiet była mocna, ale nie na tyle, aby nie przyjmować „dotacji” finansowych od swej uczennicy, wdowy Pauli. To właśnie kobieta zapewniała mu w miarę dostatnie życie oraz dostarczała środków na powiększanie kolekcji książek.
Tego rodzaju przykłady można mnożyć, dodam więc jeno, że jeszcze w 1591 roku teologowie roztrząsali w Wittenberdze problem, czy kobiety są ludźmi!
Gwoli prawdy należy dodać, że deprecjonowanie kobiety nie jest tylko tworem religii chrześcijańskiej, ale także judaizmu oraz islamu. Tę zbieżność idei mizoginistycznej, a nawet antykobiecego seksizmu bardzo trafnie ujął Gore Vidal: „Wielkim – i nienazwanym – złem, jakie tkwi w centrum naszej kultury, jest monoteizm. Z wywodzącego się z barbarzyńskiej Epoki Brązu tekstu znanego jako Stary Testament wyłoniły się antyludzkie religie: judaizm, chrześcijaństwo i islam. To religie boga mieszkającego w niebie. To religie w dosłownym sensie patriarchalne – Bóg jako Wszechmocny Ojciec. Za sprawą tego Boga i jego ziemskich delegatów od dwóch tysięcy lat kobiety w tych krajach muszą znosić życie w pogardzie”.
Cóż więc się dziwić, że owa dominująca w religii chrześcijańskiej tendencja antyfeministyczna idzie tak daleko, że dominikanie-inkwizytorzy są absolutnie przekonani, że kobiety są tylko „niedoskonałym zwierzęciem”, a wspomagane przez diabła, mogą nawet spowodować wszelki zło, a nawet... zniknięcie genitalii u mężczyzny!
I chociaż w doktrynie kościelnej mówi się również o mężczyznach praktykujących czary, to jednak przeważnie kobiety występują w roli głównej i to one ulegają iluzji diabelskiej i są też najczęściej palone stosie. Czarownice biorą udział w sabatowych orgiach, w nocnych lotach, wylatują przez komin na miotle, psie, byku, wilku, zabijają oseski, sprowadzają burze i pioruny, zamieniają się w wilkołaków, kierują się seksualną pożądliwością, a ich urojenia, halucynacje stają się dla inkwizytorów dowodem winy jako realne i nie podlegające żadnej dyskusji. 
Zresztą, jeśli za realne przyjmuje to Kościół – oznacza, że jest prawdą!
Uczeni mnisi przekazują swym czytelnikom niepodważalne opinie na temat kobiet. Zacytuję kilka z nich.
- Kobieta jest bardziej okrutna niż śmierć; jej serce jest pułapką; jej ręce są okowami; sprawiedliwy będzie od niej uciekał, grzesznicy będą jej ulegali.
- Wszelkie zło jest nieskończenie małe w porównaniu ze złem kobiety.
- Mniej niebezpiecznie jest przebywać z lwem lub smokiem niż z niegodziwą kobietą.
- Ich słowa wydają się słodkie jak miód, a w zasadzie są bardziej gorzkie niż sam piołun. Są rozkoszne, gdy się na nie patrzy, wstrętne, gdy się ich dotyka i zgubne w czasie stosunku.
- Żenić się jest rzeczą nierozsądną. Żona jest tylko wrogiem przyjaźni, niezbędnym złem, naturalną pokusą, wielkim nieszczęściem, domowym niebezpieczeństwem, przejmującą krzywdą, zboczeniem natury przedstawionym w pięknych barwach.
 Ciąg dalszy nastąpi


środa, 4 maja 2011

ZBRODNIE KOŚCIOŁA część szósta


Zainteresowanych moimi książkami o tematyce historiozoficznej, religijnej, antyklerykalnej - informuję, że wystarczy kliknąć w link "KSIĄŻKI ANDRZEJA RODANA - OFICJALNY DYSTRYBUTOR" znajdujący się pod tytułem bloga, aby zapoznać się z tytułami i tematyką poszczególnych prac.
Kiedy w 1555 roku Generalny Inkwizytor, Giovanni Pietro Caraffa, został papieżem Pawłem IV (l555-1559), natychmiast polecił sporządzić wykaz książek, których nie wolno rozpowszechniać, posiadać ani czytać. W ten sposób w roku 1559 po raz pierwszy ukazał się powszechny indeks ksiąg zakazanych. Umieszczono w nim tytuły dzieł oraz nazwiska autorów oskarżonych o rozsiewanie heretyckich poglądów. Na mocy bulli papieskiej Pawła IV z 5 stycznia 1559 odwołano wszelkie pozwolenia na czytanie zakazanych dzieł, spowiednicy mieli obowiązek dowiadywać się, kto czyta i rozpowszechnia heretyckie druki, szczególnie chodziło o publikacje luterańskie. Od zakazu nikt nie był zwolniony, pod groźbą ekskomuniki obowiązywał on urzędników kościelnych, biskupów, arcybiskupów, kardynałów, patriarchów, a także panujących i cesarzy.
            Według von Pastora i innych historyków, co relacjonuję w moim „Życiu erotycznym papieży”, Paweł IV był niesłychanym barbarzyńcą: „Nawet najmniejsza nieostrożność wystarczała do podejrzenia o herezję. Niemądrze i łatwowiernie nadstawiał papież Paweł IV ucha najniedorzeczniejszym denuncjacjom. Żaden urząd, żadne zasługi nie liczyły się, gdy na kogoś padło podejrzenie. Oszczercy wzięli się pilnie do roboty. Rozpoczęły się rządy terroru”.
         I właśnie ten papież, pozbawiony wszelkich skrupułów i sumienia, który publicznie wykrzykiwał, że nawet gdyby jego ojciec był heretykiem, to sam by przyniósł drzewo na stos, by go spalić, wprowadził inkwizycję również w Rzymie. Podczas jego czteroletniego panowania tysiące ludzi było w straszny sposób torturowanych i zamordowanych. Paweł IV przy pomocy inkwizytorów rozszerzył w Europie akcję płonących stosów, zniszczenia, mordów i spustoszenia. To on zalecił stosowanie tortur nie tylko wobec oskarżonych, ale i wobec... świadków.
         Szczególnie nienawidził Hiszpanów, którzy według niego byli „gromadą heretyków, schizmatyków, ludzi przeklętych przez Boga, pół Żydów i pół Maurów, krótko mówiąc - wyrzutkami ludzkości... W roku 1559 papież ogłosił indeks książek zakazanych. Znalazły się na niej całe księgi Biblii, a także wiele dzieł Ojców Kościoła. Tę haniebną dla Kościoła listę unieważniano nazajutrz po jego śmierci” (Mathieu-Rosay).
         Można powiedzieć z całą pewnością, że Paweł IV był psychopatą. Człowiek opętany szaleństwem rządził całą chrześcijańską Europą i nikt mu się nie sprzeciwiał - dopiero wieść o jego śmierci (18 sierpnia 1559 roku) przyniosła ulgę i wybuch radości.
Gdy już Paweł IV umierał, Rzymianie powstali przeciw barbarzyńskiej inkwizycji. Zdobyli siłą inkwizycyjne lochy, uwolnili więźniów, podpalili więzienia. Rozbili również pomnik wystawiony na cześć papieża, odłamali mu głowę i prawą rękę i przez trzy dni włóczyli okaleczony posąg przez ulice miasta, aż w końcu utopili go w Tybrze. Antypapieskie powstanie trwało dwanaście dni. Ludność zniszczyła klasztor dominikanów, bowiem zakonnicy ci byli najgorszymi „psami papieskimi”, którzy podżegali do torturowania i mordowania niewinnych ludzi.
         Następni papieże byli jeszcze „lepsi”. Na przykład Pius V (1566-1572), kiedy już na starość oślepł i nie mógł na własne oczy oglądać palących się na stosach heretyków, czyli „dzieci przez diabła spłodzonych”, kazał prowadzić się jak najbliżej stosu, aby mógł słyszeć jęki i rozpaczliwe krzyki ofiar. Uwielbiał te odgłosy...
         Papież Pius V należał do zakonu dominikanów, a był także wielkim inkwizytorem Świętej Inkwizycji. W wieku 24 lat przyjął święcenia kapłańskie i zaczął nauczać teologii. Stojąc na czele inkwizycji, osobiście skazał na spalenie na stosie kilka tysięcy inaczej wierzących, których Kościół nazywa zazwyczaj heretykami. To on właśnie nakazał tysiącom ludzi powyrywać członki, wydłubać oczy, zamorzyć głodem w więziennych lochach.
Księdzu Carnescchiemu we Florencji kazał ściąć głowę i spalić jego ciało tylko za to, że tenże kapłan bratał się z luteranami. Wydał także rozkaz lekarzom, żeby przestali opiekować się chorymi, którzy przez trzy dni nie zażądają spowiedzi.
         Papieskie zalecenia na temat likwidacji herezji przesyłał również królowi hiszpańskiemu Filipowi II (1556-1598), a brzmiały one następująco: „Cienia litości! Nie wolno wybaczać! Usuwaj tych, którzy się ugną, i tych, którzy trwają w uporze. Ścigaj ich do ostatka, zabijaj, pal, zatop wszystko w ogniu i we krwi, aby pomścić Pana!”. Oczywiste jest, że Filip II, fanatyk religijny, posłuchał papieża i tępił różnowierców, wspierając działania inkwizycji i jezuitów.
         I tak zapłonęły stosy w Hiszpanii i państwach jej podległych: Niderlandach, Królestwie Neapolu, Księstwie Mediolanu.
         Ten wikariusz Chrystusa był psychopatycznym oprawcą, co udowodnił w liście do Katarzyny de Medici (Medycejskiej), królowej francuskiej, pisząc: „Niech pani nie odważy się uwierzyć, że może być dla Boga coś przyjemniejszego, jak prześladowanie i wymordowanie wszystkich przeciwników Kościoła katolickiego”.
         To wprost niewiarygodny skandal, ale Kościół katolicki zaliczył także tego barbarzyńcę i mordercą w poczet swoich świętych. Pius V został kanonizowany przez Klemensa XI.
        

czwartek, 21 kwietnia 2011

ZBRODNIE KOŚCIOŁA część piąta


Zainteresowanych moimi książkami o tematyce historiozoficznej, religijnej, antyklerykalnej - informuję, że wystarczy kliknąć w link "KSIĄŻKI ANDRZEJA RODANA - OFICJALNY DYSTRYBUTOR" znajdujący się pod tytułem bloga, aby zapoznać się z tytułami i tematyką poszczególnych prac.

 Najsłynniejsza inwazja seksualnych diabłów (spopularyzowana współcześnie przez literaturę, teatr, operę i film) to słynne diabły z Loudon. Znakomity pisarz Aldous Leonard Huxley (1894-1963) w powieści „Diabły z Loudon” określił wszeteczną „współpracę” zakonnic z diabłami jako szok dla lokatorów najpodlejszych domów rozpusty w Europie.
Diabły z Loudun to pierwsza w karierze opera Krzysztofa Pendereckiego. Napisana na zamówienie Opery w Hamburgu (niemiecki tytuł opery: Die Teufel von Loudon), gdzie miała premierę w roku 1969. Od tego czasu dzieło to było wiele razy wykonywane, transmitowane przez radio, telewizję i wydawane na płytach.
Libretto opery Krzysztofa Pendereckiego oparte jest na dramacie Johna Whitinga Demony, który był pionierem nowej brytyjskiej dramaturgii. Whiting, zadebiutował w roku 1951, ale, niestety, zmarł dwanaście lat później w wieku zaledwie czterdziestu pięciu lat. Chyba najbardziej znana jest jego ostatnia sztuka The Devils of Loudun (Diabły z Loudun), która nawiązuje do autentycznych wydarzeń rozgrywających się w tym francuskim miasteczku  na początku XVII wieku. Tam właśnie odbył się proces wikarego parafii św. Piotra - Urbaina Grandiera, oskarżonego przez przeoryszę klasztoru Urszulanek o opętanie zakonnic i konszachty z diabłem.
Zbiorową histerię polowania na diabły w Loudon oddaje także film „Diabły” (Devils, 1971) w reżyserii Kena Russela. Zekranizowano go na podstawie powieści Aldousa Huxleya i sztuki Johna Whitinga (1960). W roli opętanej siostry przeoryszy wystąpiła Vanessa Redgrave, natomiast Urbaina Grandiera zagrał Oliver Reed.
W Polsce, nowela Jerzego Iwaszkiewicza (1894-1980)  „Matka Joanna od Aniołów” stała się kanwą scenariusza filmu Jerzego Kawalerowicza, zrealizowanego w 1960 r. Niecały rok później film ten zdobywa Srebrną Palmę na festiwalu w Cannes. Iwaszkiewicz „spolszczył” francuską historię, scenarzysta Tadeusz Konwicki utrzymał polskie tło historyczne. Rzecz dzieje się na smoleńszczyźnie. Do opętanej diabłem przeoryszy Joanny (grała ją Lucyna Winnicka) zostaje wezwany ksiądz Suryn (Mieczysław Voit). Budzące się między nimi uczucie – ksiądz nazywa opętaniem i chcąc ocalić Joannę popełnia wielką zbrodnię, skazując tym samym swoją duszę na wieczne potępienie. Film ten jest z pewnością jednym z najpiękniejszych wizualnie polskich filmów, ale sprzecznym z prawdziwą historią jaka wydarzyła się w Loudon i zakończyła dnia 18 sierpnia 1634 roku, kiedy to kanonik Grandier został żywcem spalony na stosie.
           Jeszcze inny głośny, wstrząsający dramat trafił także do literatury, teatru i filmu: „Czarownice z Salem” Arthura Millera. Ta sztuka miała tak zwane „podwójne dno”. Pierwsze: mieszkańcy spokojnego dotąd miasteczka, są podżegani przez purytańskich apostołów moralności do okrutnego polowania na czarownice. Rozprzestrzenia się nienawiść i donosicielstwo. Drugie: krytyka społeczeństwa amerykańskiego przeprowadzana przez Arthura Millera zaalarmowała Komisję do Badań Działalności Antyamerykańskiej. I to właśnie jej przewodniczącego, osławionego senatora, Josepha R. McCarthy’ego poddał Miller krytyce w dramacie „Czarownice z Salem”. Miller został oskarżony o popieranie komunizmu i w 1957 roku (odmówił składania zeznań!) skazano go za brak szacunku dla komisji na rok więzienia z zawieszeniem (w 1958 roku nastąpiła rewizja wyroku).
  Millerowski dramat został szybko sfilmowany, jednakże nie w USA, ale we Francji. Była to kooprodukcja francusko-niemiecka. W filmie z 1956 roku, w reżyserii Raymonda Rouleau, główne role odtwarzali: Yves Montand (Proctor), Simone Signoret (Elisabeth) oraz Mylene Demongeot (Abigail). Autorem scenariusza był Jean Paul Sartre.
           Najbardziej jednak doskonałym dziełem artystycznie, warsztatowo i pod względem uniwersalnej wymowy była ekranizacja Czarownic z Salem (The Crucible) z roku 1996. Jest to również adaptacja słynnej sztuki Arthura Millera opowiadającej o masowej histerii, oskarżeniach o czary i polowaniu na czarownice w purytańskiej Ameryce końca XVII wieku.
Scenariusz napisał sam autor, w rolach głównych wystąpili znakomici aktorzy, laureaci Oscara: Daniel Day-Lewis i Paul Scofield oraz nominowani do tej nagrody; Winona Ryder, Joan Allen i Bruce Davison. Reżyserował Nicholas Hytner, twórca wysoko ocenionego przez krytykę „Szaleństwa króla Jerzego". Twórcom zależało, aby powstał film o uniwersalnej wymowie, nie zaś tylko starannie zrealizowany obraz kostiumowy. Zdaniem krytyki światowej zamiar ten powiódł się dzięki znakomitej inscenizacji i doskonałej grze aktorów.
„Czarownice z Salem” jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku trafiły na listy lektur... zakazanych w wielu amerykańskich szkołach. Zostały wyrugowane z listy lektur szkolnych!    

Ciąg dalszy nastąpi


poniedziałek, 11 kwietnia 2011

ZBRODNIE KOŚCIOŁA część czwarta


Zainteresowanych moimi książkami o tematyce historiozoficznej, religijnej, antyklerykalnej - informuję, że wystarczy kliknąć w link "KSIĄŻKI ANDRZEJA RODANA - OFICJALNY DYSTRYBUTOR" znajdujący się pod tytułem bloga, aby zapoznać się z tytułami i tematyką poszczególnych prac.

Jestem przekonany, że św. Paweł był autorem sukcesu chrześcijaństwa, mimo że rzymski namiestnik Festus uznał go za istotę „bezrozumną”.
Nie docenił go.
Początkowo Paweł z Tarsu nosił imię Szaweł i z upoważnienia najwyższego kapłana miał aresztować zwolenników sekty Jezusa. Gdyby wypełnił to polecenie dziś nikt by nie słyszał o Jezusie, Judaszu i pozostałych apostołach.
Ale nagle stał się on wyznawcą nowej religii. Jak do tego doszło?
Dzieje Apostolskie podają „nawrócenie” Szawła, że nagle oświeciła go światłość z nieba: „A padłszy na ziemię, usłyszał głos, mówiący doń: Szawle, Szawle, czemu mnie prześladujesz? Który rzekł: Ktoś jest Panie? A on: Jam jest Jezus, którego ty prześladujesz; trudno jest tobie przeciw ościeniowi wierzgać. A drżąc i zdumiewając się, rzekł: Panie, co chcesz, abym uczynił? A Pan do niego: Wstań i wnijdź do miasta, a tam ci powiedzą, co będziesz miał czynić. A mężowie oni, którzy z nim byli, stali zdumieni, głos wprawdzie słysząc, lecz nikogo nie widząc. I wstał Szaweł z ziemi, a otworzywszy oczy nic nie widział…” (Dz.A. 9: 3-9).
Szaweł przyjął imię Paweł i zaczął propagować ideologię chrześcijańską. Jak piszę w „Życiu erotycznym papieży” chrześcijan uważano początkowo za sektę bez przyszłości. Rzym śmiał się z religijnych dysydentów, którzy głosili Ewangelię miłości nieprzyjaciół i przebaczenia.
Śmiem twierdzić, że tylko dzięki niestrudzonym wysiłkom Pawła z Tarsu mała  żydowska sekta przerodziła się w potężną religię i niesamowicie sprawny system zhierarchizowanej władzy.
Przypomnę, że w 49 roku n.e., a więc zaledwie 16 lat po śmierci Jezusa Chrystusa, cesarz Klaudiusz (Tyberiusz Klaudiusz Neron, 41-54 n.e.) wypędził z Rzymu wyznawców Jezusa.
Gdyby Klaudiusz był konsekwentny dziś nikt nie słyszałby o chrystianizmie.
Tak się jednak nie stało.
Rok później w Jerozolimie odbył się zjazd nowej sekty. Używam słowa „sekta”, bowiem działała ona wewnątrz judaizmu, aby potem po wyodrębnieniu się przyjąć własne zasady organizacyjne oraz wyznaniowe. A jak wiadomo definicja sekty brzmi:  „Grupa religijna, która się oderwała od któregoś z wielkich Kościołów panujących i przyjęła własne zasady organizacyjne; odłam wyznaniowy jakiejś religii” (Słownik wyrazów obcych, str. 673, Warszawa 1977). Chrześcijaństwo mogło być uznawane za sektę. I rzeczywiście tak było, jak świadczy wypowiedź oficjalnych przedstawicieli ówczesnego wielkiego Kościoła o apostole Pawle: „Albowiem znaleźliśmy tego męża zaraźliwego i wszczynającego rozruch między wszystkimi Żydami po wszystkim świecie, i herszta tej sekty Nazarejczyków”. (Dz 24,5).
Na zjeździe w Jerozolimie zwolennicy Pawła twierdzą, że stanowią nową religię. Natomiast zwolennicy Piotra utrzymują, że chrystianizm jest tylko reformą judaizmu i dotyczy żydów obrzezanych. Nie ukrywam, że wcześniej podobnie uważał sam Jezus, który nie chciał założyć nowej wspólnoty religijnej niezależnej od tradycyjnego judaizmu.
Następuje podział ról i zadań. Paweł prowadzi misje poza Palestyną – Piotr koncentruje się na nawracaniu Żydów. Paweł prowadził swą misję wśród pogan – Piotr wśród Żydów.
Z perspektywy wieków, Paweł, „bezrozumna istota”, miał rację! Przyciągnął do nowej religii dziesiątki tysięcy osób.
Wydarzenia polityczne miały duży wpływ na dalsze losy wyznawców Chrystusa i piszę o tym w 8. i 9. rozdziale mojej książki ŻYCIE EROTYCZNE PAPIEŻY („Erotyzm Starego Testamentu” oraz „Erotyka Chrystusowa”).
Przypomnijmy: wybuchło bowiem  powstanie w Judei, które ogarnęło cały kraj. Na czele wojsk rzymskich stanął konsul Tytus Flawiusz Wespazjan (późniejszy cesarz). W 70 roku n.e. Rzymianie zdobyli Jerozolimę, burząc i paląc miasto oraz świątynię żydowską. Chrześcijanie rozproszyli się. Upadek tej żydowskiej sekty wydawał się bliski.
A już wydawało się, że peryferyjna religia ulegnie zapomnieniu i odejdzie w mrok zapomnienia.
Tak się jednak nie stało.
Upadek Jerozolimy spowodował decentralizację nowego kultu. Rzym przejął rolę stolicy wszystkich chrześcijan i po pewnym czasie stał się „świętym miastem”. Ale dużo jeszcze wody (i krwi) upłynęło w Tybrze, zanim chrześcijaństwo stało się religią dominującą. Wyznawcy Chrystusa wcale też nie byli takimi, którzy uderzeni w policzek – nadstawiali drugi.
Jestem głęboko przekonany, że gdyby wówczas wiarygodnie podważono „boskość” Chrystusa, to cały misternie budowany przez późniejszy wielki gmach chrystianizmu nie zostałby zbudowany.
Ciąg dalszy nastąpi

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

ZBRODNIE KOŚCIOŁA część trzecia


  Zainteresowanych moimi książkami o tematyce historiozoficznej, religijnej , antyklerykalnej - informuję, że wystarczy kliknąć w link "KSIĄŻKI ANDRZEJA RODANA - OFICJALNY DYSTRYBUTOR" znajdujący się pod tytułem bloga, aby zapoznać się z tytułami i tematyką poszczególnych prac. Ale ad rem.    
Nikt jeszcze nie odpowiedział na pytanie: skąd wziął się Bóg na świecie?! Przecież świata jeszcze wtedy nie było. Dopiero pojawił się ten mądry gość, Wielki Czarodziej o nieskończonej mocy i możliwościach, Genialny Projektant, i stworzył to wszystko.
Przybysz z nikąd?
Postać na podobieństwo Wielkiego Iluzjonisty Davida Copperfielda?
Młode pokolenie wychowane na komiksach, amerykańskich kreskówkach i lalkach Barbie i wyścigach Formuły 1, domaga się bohaterów w stylu Spider-Mana, Supermana, czy Harry’ego Pottera, i gotowe jest przełknąć hipotezę o Wielkim Czarodzieju, który stworzył świat i ludzi, szatana i anioły, i zwierzęta, i rzeki, i morza, i słońce, powietrze, niebo, piekło i całą tę resztę, która do chwili obecnej odbija nam się czkawką. Ale przecież Bóg, to nie Superman, bardziej przypomina bohaterów już trochę pokrytych kurzem, mrocznych i pełnych okrucieństwa baśni braci Grimm, z ich historiami pełnymi magii, zabierających czytelników do świata, gdzie wierzy się w to, co nierzeczywiste, a prawda miesza się z fikcją.
Odpowiedź na takie pytania przypomina duży stopień trudności, jak przy odpowiedziach na pytanie: jaki jest kolor absurdu, lub czy Jezus naprawdę zmartwychwstał? Bardziej łatwa byłaby odpowiedź na: czy istnieją różowe myszki, albo białe słonie?
Jaki mózgowy mechanizm (układ nerwowy?) zezwala na tak szybką przyswajalność wiary religijnej? Czy religia jest infekowana przez ludzi już  jako dzieci, a może, lepiej byłoby rzec: jest formą indoktrynacji? A może religia jest adoptowana przez ludzi podobnie jak miłość, stan zakochania, przyjaźń, nienawiść? Ale gdzie wtedy jest rozum?! Gdy rozum śpi budzą się demony!
A może wiara religijna i jej wszystkie występujące symptomy w układzie nerwowym człowieka, przede wszystkim w mózgu są adoptowane podobnie jak na przykład... orgazm? Przecież przeżywanie religijne podrażnia ośrodki w mózgu, wysyła sygnały do wszelkich zakątków ciała, wytwarza rodzaj napięcia mistycznego, połączenia z Bogiem.
Podobnie orgazm. Już przy grze wstępnej wysyłane są do mózgu potężne bodźce seksualne. Zarówno w pierwszym jak i w drugim przypadku po wygaśnięciu religijnego lub erotycznego napięcia – następuje błogosławione wrażenie odprężenia. I takie wrażenie mają chyba Mohery, kiedy przez tego cwaniaczka Rydzyka usiłują zjednoczyć się z Bogiem.
Religia jest, podobnie jak seksualizm, najgłębiej zakorzeniona w ewolucyjnej przeszłości człowieka. Zarówno religia jak i seksualizm jest naszym ewolucyjnym dziedzictwem. Były z nami od początku życia ludzkiego.
I jeszcze jedno: wyobraźmy sobie taką hipotetyczną sytuację. Dokonajmy wyprawy w świat antropologii i społeczeństw dzikich. Wyobraźmy sobie, że światowej sławy, Bronisław Malinowski, polski antropolog społeczny i ekonomiczny, podróżnik a także etnolog, religioznawca i socjolog – znalazł się na wyspach Melanezji gdzie prowadził badania i natknął się na wielce interesujące wierzenie religijne tamtejszej społeczności dzikich.
Jakie to było wierzenie?
Otóż miejscowy szaman błogosławi chleb i wino, a one natychmiast stają się krwią i ciałem Boga zrodzonego z dziewicy. Owa dziewica, jego matka, nigdy nie umarła tylko „żywcem” została wzięta do nieba. Natomiast jej syn nie ma biologicznego ojca (pałęta się tam jakiś nieudacznik Józef, ale dzicy nie traktują go jako ojca, ale raczej jako rogacza). Tamten jest synem Boga, a jego matka zostaje zapłodniona przez gołębia (Ducha Świętego), który spermę przyniósł w dzióbku (czyżby Bóg Melanezji się onanizował, no bo skąd nasienie?).
Szaman wypija to wino, czyli krew, a zgromadzona społeczność spożywa boskie „ciało” w postaci opłatka.
Profesor Malinowski natychmiast pisze (oczywiście, założeniem a priori tego eksperymentu jest, że Malinowski nie zna religii chrześcijańskiej), że należy tu zastosować teorię psychoanalityczną do badań życia dzikich, a o ona, jako taka, jest bardzo interesująca dla badacza pierwotnego człowieka, jego kultury i życia religijnego, świadomych jak i nieświadomych aspektach ludzkiego umysłu. Uczony więc podkreśla niski poziom cywilizacji tej społeczności i analizuje konsekwencje, jakie jej życie religijne i wierzenia, niezrozumiałe dla ludzi cywilizowanych, przyczyniają się do formowania życia grupowego. Dzieworództwo traktuje jako mit, a resztę opowieści o Synu Boga (na przykład: jego zmartwychwstanie) jak legendę, podobnej tej jak mit o Tudavie, bohaterze zrodzonym z dziewicy zapłodnionej w wyniku działania wody ze stalaktytu. Ta legenda szczególnie była głośna na Wyspach Trobrianda.
Zaś spożywanie ciała Boga – uczony antropolog nazwie jednym słowem:
KANIBALIZM!
Religia chrześcijańska jest oparta na kanibalizmie. Oprócz tego na oszustwach, zbrodniach i jednym gigantycznym kłamstwie...
Ciąg dalszy nastąpi.